KLUB MIŁOŚNIKÓW AUSTRALII I OCEANII w Bydgoszczy  

UWAGA!

Z przyczyn niezależnych od KMAiO, zmianie
uległ adres naszej strony internetowej
z www.kmaio.bydg.pl na www.kmaio.polus.pl

Adres e-mail nie uległ zmianie.

"Moja pierwsza miłość - Australia", czyli II Klubowa Wyprawa do Australii (2001)

Drukuj
(4 głosów, średnia ocena 5.00 na 5)
[Kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]

Gdy koła potężnego boeinga dotknęły ziemi, w głowie miałem pustkę. Nie mogłem zebrać myśli. Ja? To naprawdę ja wylądowałem w Australii? - pytałem z niedowierzaniem samego siebie. Naprawdę trudno jest opisać stan, który mną wtedy zawładnął. W jednej chwili poczułem dziwną ulgę i nieopisaną radość, lecz niemal w tym samym momencie pojawił się również niepokój - nieznane przede mną - pomyślałem. Do Australii lecieliśmy przez Londyn...Tysiące myśli kłębiło się w mej głowie, jedna zaś zdecydowanie dominowała nad wszystkimi: A jednak! Jednak "Jej" dotknąłem. Z tą myślą długi etap mojej platonicznej miłości do tego kontynentu zamknął się bezpowrotnie. JESTEM W AUSTRALII!!! Docierało to do mnie powoli, lecz był to fakt. Pomimo, iż byłem dopiero na lotnisku, to już tutaj, w tym miejscu czułem promieniującą siłę i potęgę przyrody oraz niezwykłego "ducha" tego wielkiego kraju.

Na lotnisku w Perth byłem świadkiem humorystycznej scenki - było to podczas sprawdzania bagaży. Jeden z podróżnych, prawdopodobnie Duńczyk, bądź Holender, stał bez butów i rozmawiał z celnikami. Jak się później okazało, jego buty były ze skóry, sprawdzano więc z jakiej, by zadecydować, czy… może w nich "wejść" do Australii. Również nasze bagaże okazały się "podejrzane", gdyż celnicy znaleźli w nich żywność, której wwożenie do tego kraju jest zabronione. "Podejrzane" okazały się… toruńskie pierniki. ...i Singapur (hol na lotnisku w Singapurze)Po dłuższej wymianie zdań udało nam się jednak przekonać celników i po wytłumaczeniu, że "żywność" ta jest fabrycznie zamknięta, wpuszczono nas do Australii.

Byliśmy już po kontroli bagażu… i co dalej? Idziemy w stronę wyjścia, gdzie miał na nas czekać Jurek Paszkudzki, przyjaciel naszego prezesa, Lecha Olszewskiego. Miał on powiedzieć nam, gdzie mamy udać się na zasłużony wypoczynek. Kierujemy się, więc w stronę wyjścia pilnie rozglądając na wszystkie strony. Przed nami mnóstwo osób z tabliczkami, lecz ku naszemu zaskoczeniu, żadna z nich nie odnosi się do nas! Po chwili uwagę moją zwróciła osoba trzymająca pustą kartkę. Podszedłem do niej wiedziony instynktem. Przywitałem się, przeprosiłem i odwróciłem białą kartkę na drugą stronę. Jakież było moje zdziwienie, gdy na odwrocie ujrzałem napis KMAiO (Klub Miłośników Australii i Oceanii). Z uśmiechem na ustach wyjaśniłem sytuację i tym sposobem 8 czerwca 2001 r około godziny pierwszej w nocy dotarliśmy do motelu w samym centrum Perth.
 
8-11 czerwca 2001 - Początki bywają trudne…
Moja pierwsza pobudka w Australii. Po porannej toalecie szybko opuściłem motel, gdyż… po prostu strasznie ciekaw byłem, co zobaczę na zewnątrz i jakie będą moje pierwsze wrażenia. Wyszedłem na ulicę i przeżyłem pierwszy szok. Ujrzałem spore stadko kolorowych papużek falistych, które przefrunęły nad moją głową i po paru sekundach wylądowały na rozłożystym drzewie, eukaliptusie. Odwiedziny u Haliny Kobryń w PerthW Polsce ptaki te oglądałem dotychczas tylko w ZOO czy też w większych sklepach ze zwierzątkami, a tutaj proszę, fruwają niczym wróbelki! Zafascynowany przechodzę na drugą stronę ulicy i… w amoku prawie wchodzę prosto pod samochód. Dlaczego tak się stało? To proste. W Australii obowiązuje ruch lewostronny. Ja natomiast przechodząc na drugą stronę jezdni odruchowo spojrzałem jedynie w… lewo. Upewniwszy się, iż droga jest wolna, ruszyłem śmiało przed siebie… A tu nagle z prawej, tuż przed moim nosem, trąbiąc i nie zwalniając, pewny swej racji, przejeżdża piękny wóz terenowy. Na szczęście w ostatniej chwili zdążyłem odskoczyć! Cóż, z perspektywy czasu stwierdzam, że głupio by było podczas podróży do takiego kraju zginąć tak po prostu pierwszego dnia pod kołami samochodu. (Od tamtej pory, zawsze uważnie rozglądałem się dookoła zanim przeszedłem na drugą stronę jezdni…) Stojąc już bezpiecznie na chodniku, po paru sekundach doszedłem w końcu do siebie i zacząłem pracę - pojawiają się pierwsze zdjęcia negatywowe, pierwsze slajdy i pierwsze minuty filmu.

Z wizytą u naszych klubowiczów w Perth. Od lewej: Edyta, Stefania Janka, Roman, Zdzisław, Michał JankaPomimo, że była to zima, w Perth około godziny 10.00 było jakieś 17-18°C. Słońce świeciło mocno. Wszystko to przypominało pogodę jaką żegnała nas Bydgoszcz. Aklimatyzacja nie trwała więc długo. Gdyby nie fakt, że wkoło fruwały tęczowo upierzone papużki, a samochody jeździły lewą stroną, to wydawałoby mi się, że jestem w Polsce.

Chodziłem, więc tak sobie ulicami Perth i myślałem: - Gdzie ta moja Australia. Gdzie czerwona ziemia? Gdzie te olbrzymie przestrzenie? Zadając sobie te retoryczne pytania wiedziałem jednocześnie doskonale, że wszystko to, czego domagałem się w myślach, czekało na mnie już za rogatkami miasta. Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie wypożyczymy samochód i zaczniemy naszą prawdziwą wyprawę. Zanim to jednak nastąpiło, zwiedziliśmy miasto. Pomagali nam w tym Halina Kobryń, Henryk Janka i Lech Chmielewski. Ten ostatni pomagał nam również znaleźć i wypożyczyć samochód, którym 11 czerwca rozpoczęliśmy naszą podróż.
 
11 czerwca 2001 - Ruszamy w drogę…
Nasz samochód to Toyota Hayes - czterokołowy "wehikuł" z miejscami do spania, umywalką, kuchenką gazową i lodówką, bezcenną w tym klimacie; dziennie kosztował nas około 95 dolarów australijskich a przez 35 dni dało to mniej więcej 3400 dolarów australijskich.

W wypożyczalni samochodów w Perth. Od lewej: Zdzisław, Roman, Edyta, Lech ChmielewskiTuż przed wyjazdem z Perth - w pobliskim hipermarkecie - zrobiliśmy pierwsze zakupy. Pełen podziwu patrzyłem jak Edyta i Zdzisław, szybko i trafnie, niemal machinalnie, wrzucali do kosza potrzebne produkty. Wiele wypraw, w których uczestniczyli uczyniło z nich mistrzów w tej dyscyplinie. Zakupy, na które ja straciłbym co najmniej 2 godziny zrobiliśmy w przeciągu zaledwie 20 minut. Zaopatrzeni w najpotrzebniejsze produkty zaczęliśmy naszą podróż.

Przed wyruszeniem na północ mieliśmy zaplanowaną trasę na południe (na trasie między innymi drzewa Karri i słynna Wave Rock), więc udaliśmy się do Bunbury, gdzie mieszka nasz przyjaciel Jurek Paszkudzki. Do celu dojechaliśmy, gdy było już ciemno. Z Jurkiem umówiliśmy się telefonicznie przy hotelu, którego właścicielem jest Polak. Spędziliśmy tutaj naszą pierwszą noc w samochodzie, który miał się stać naszym nowym domem na najbliższe 35 dni.
 
12 czerwca 2001 - Żabi koncert
Rankiem, po symbolicznym przetarciu oczu, "odpaliliśmy" naszą Toyotę i ruszyliśmy z miejsca naszego postoju. Po 1 km zatrzymaliśmy się na poranną toaletę. Po krótkim i lekkim śniadaniu pojechaliśmy do Busselton, które słynie (podobno?) z najdłuższego na świecie molo, mającego 2 km. Następny punkt docelowy na naszej drodze - jaskinia Yallingup. Przed wejściem do jaskini ubraliśmy się ciepło, biorąc ze sobą kurtki. Był to jednak błąd. Okazało się bowiem, że w jaskini tej nie jest zimno i już po paru minutach "pracy" - zdjęcia i filmowanie - byliśmy nieźle spoceni. Aby dalej jako tako funkcjonować, kurtki trzeba było zdjąć, podobnie jak bluzy z długimi rękawami.

Witam naszego przyjaciela 'internetowego' Jurka Paszkudzkiego. Bunbury (Australia Zachodnia)Jedziemy dalej, mijając po drodze wiele winnic dojeżdżamy do Margaret River. Naszym celem na dzień dzisiejszy jest miasteczko Pemberton. Jego okolice to królestwo olbrzymich drzew Karri. Gdy jest już zupełnie ciemno, docieramy do granic osady. Zatrzymujemy nasz samochód w lesie, przed tablicą z napisem Pemberton. Po wyłączeniu silnika bierzemy się do " rozbijania obozu". Wspólnie ze Zdzisławem mocujemy stolik we wnętrzu naszej Toyoty, Edyta w tym czasie pichci jakąś zupę z puszki, losowo wyjętej z lodówki. Wcześniej ja zabieram swoją podręczną torbę i umieszczam ją na przednim siedzeniu. Okazało się bowiem, że zabrałem tyle bagażu, iż nie wszystko byłem w stanie upchnąć w "moich schowkach", czyli specjalnych lukach z tyłu samochodu. Przed włączeniem kuchenki gazowej Edyta odkręca główny zawór, który mieści się na zewnątrz samochodu. W ten sposób przestrzegamy podstawowych zasad bezpieczeństwa. Jemy kolację, która dzięki naszemu "kucharzowi" okazała się przepyszna. Później obowiązkowo puszka piwa i … mycie naczyń. Po kolacji zamykamy główny zawór gazu i ścielimy łóżka. Nasz samochód ma dwie "sypialnie", jedną na piętrze i jedną na parterze. Edycie przypadło pięterko, ja ze Zdzisławem zajęliśmy "salon" na dole. Przed snem przychodzi czas na wieczorną toaletę… (Wszystkie te czynności, od rozbicia naszego "obozowiska", na wieczornej toalecie kończąc, powtarzaliśmy codziennie. Po kilku dniach wykonywaliśmy je już niemal automatycznie.) Nie chcąc czekać w kolejce do naszej luksusowej "łazienki" opuściłem moich towarzyszy i udałem się do odległego o jakieś 1000 metrów motelu leżącego w głębi zupełnie ciemnego już o tej porze lasu. Przyznam, że ten kilometr był dla mnie niesłychanym przeżyciem. Wokoło ciemno. Ledwo widziałem czubek własnego nosa, dalej nie było już widać nic. Las "żył" - zewsząd dochodziły do mnie różne dźwięki, z czego najgłośniej dawały o sobie znać… żaby. Zapewne gdzieś niedaleko drogi "obozowały" wielkim stadem. Przystanąłem z zaciekawieniem i nagrałem ten koncert na mój dyktafon (z którym nie rozstawałem się nawet na moment). Później przedzierałem się dalej, aż ujrzałem w oddali migoczące światła motelu. Był to ceglany budynek, z elementami drewnianymi, który przywitał mnie przepiękną werandą z lampionami. Tabliczka przed wejściem informowała, że właścicielami hotelu jest rodzina MAZZAROLLO. Po wejściu do środka przeżyłem miłe zaskoczenie. Wnętrze okazało się znacznie ciekawsze niż się spodziewałem. Moją uwagę przykuła jedna ze ścian, będąca olbrzymią gablotą, za szybami której prezentowały się wyborne wina i dyplomy - świadectwa nagród z wielu konkursów i degustacji. Szybko znalazłem drzwi do toalety i udałem się tam, aby opłukać się z kurzów całodziennej podróży. Po kilku minutach, odświeżony opuściłem łazienkę, zamówiłem piwo oraz kawę i po pół godzinnym rozkoszowaniu się atmosferą tego miejsca wróciłem do Edyty i Zdzisława. Zgasiliśmy światła i zasnęliśmy. Spokoju naszego snu pilnowały majestatyczne drzewa karri, które mieliśmy podziwiać już następnego dnia.
 
13 czerwca 2001, środa - Drzewa w chmurach (krótka lekcja historii)
Roman ... w jaskini YallingupPo porannych stałych czynnościach, czyli: złożeniu łóżek, toalecie, śniadaniu, myciu naczyń i zakręceniu zaworu z gazem, pojechaliśmy na spotkanie z drzewami karri. To, co ujrzałem, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Wizualną potęgę tych drzew trudno opisać. Wiele z nich przekraczało wysokość dziesięciopiętrowych wieżowców! Zwiedzający mogli przemieszczać się po specjalnie skonstruowanych pomostach, które pod naszym ciężarem chwiały się na wszystkie strony, co niestety znacznie utrudniało wykonywanie zdjęć i filmowanie. Nie zniechęciło nas to jednak i… następne zapełnione rolki filmowe wylądowały w naszych plecakach. Dalsza droga prowadziła przez Walpole i Denmark do Albany, gdzie u wybrzeży stoi wykonana w 1976 r. replika przepięknego brygu "AMITY". Oryginał tego statku został zbudowany w Kanadzie w 1816 r. To właśnie na jego pokładzie 24 grudnia 1826 r. pierwsi osadnicy dotarli do Albany. 29 marca 1977 r. królowa brytyjska uhonorowała to miejsce swoją wizytą, aby uczcić 150-lecie brytyjskiego osadnictwa na tych terenach. W centrum miasteczka duże wrażenie robi ratusz z 1887 r. Po tej krótkiej lekcji historii udaliśmy się do Pingrup, za którym zrobiliśmy następny postój. Po drodze mijaliśmy takie miejscowości jak Porongurup, Melup i Borden.
 
14 czerwca 2001, czwartek - Uwaga kangur…
To już nasz czwarty dzień w samochodzie. Wyruszyliśmy z Pingrup na północ. Jedziemy przez Lake Grace, Pingaring, Karlgarin do Hyden. TDrzewa Karri – Pemberton. Od lewej: Zdzisław, Romano tutaj znajduje się cel naszej dzisiejszej wędrówki - słynna Wave Rock. Jest to jedna z najbardziej cenionych turystycznych atrakcji w całej Australii Zachodniej. Nazwa Wave Rock, czyli "falista skała" jest nieprzypadkowa. Ten cud natury przypomina bowiem skamieniałą falę wysokości 15 i długości ok. 100 metrów. Utworzony został w wyniku procesów erozyjnych przed 2,7 milionami lat. Dotychczas widziałem to zjawisko tylko na zdjęciach i filmach, a teraz mam je na wyciągnięcie ręki - niesamowite! Przyznam, iż nazwa istotnie zasłużona. Rzeczywiście, stojąc blisko tego tworu i patrząc w górę miałem wrażenie, że znajduję się we wnętrzu potężnej fali, która za sekundę przykryje mnie hektolitrami dzikiej wody, wciągając w otchłań oceanu… Dopiero dotyk, przypomina mi, że to jednak nie oceaniczna fala… Przy wykonywaniu zdjęć dobrze mieć jakiś punkt odniesienia. Najlepiej po prostu poprosić najbliższą osobę, aby weszła pod "falę". Po zrobieniu serii zdjęć "wdrapaliśmy się" na górę i podziwialiśmy okolicę. Z góry roztaczał się przepiękny widok aż do linii horyzontu. Jak okiem sięgnąć - wszędzie płaski teren i olbrzymie nieogarnięte przestrzenie. Typowa Australia, pomyślałem nie mogąc oderwać wzroku od widnokręgu.

Po zwiedzeniu "Wave Rock", kolejnym naszym celem na tamten dzień było ominięcie Perth i zbliżenie się do drogi nr 1, którą udać mieliśmy się na północ do Darwin. Już gdy żegnaliśmy "Wave Rock" wiedziałem, że aby wykonać plan dnia będziemy musieli jechać po zmroku, a co się z tym wiąże przy słabej widoczności. Wave RockPrędkość naszego auta, z powodu wyskakujących na drogę kangurów, nie przekraczała 50-60 km/h. Samochód nie miał dodatkowych wzmocnień z przodu więc czołowe spotkanie z kangurami przy większych prędkościach mogłoby zakończyć się tragicznie, nie tylko dla zwierzęcia, lecz również dla naszej Toyoty. Jechaliśmy przez Kondinin, Corrigin, Quairading, York do Northam. Do tej ostatniej miejscowości wjechaliśmy, gdy było już zupełnie ciemno. Zdzisław, jako skrupulatnie czuwający nad wszystkim szef wyprawy, zarządził zakupy. Po szybkim uzupełnieniu zapasów udaliśmy się w dalszą drogę. Zdzisław miał dyżur przy kierownicy, natomiast Edyta i ja bacznie obserwowaliśmy pobocze drogi. Z każdą upływającą minutą oczy bolały coraz bardziej. Szary kolor kangura mocno zlewał się z otoczeniem i często zauważaliśmy go dopiero wtedy, gdy szybko poruszył się lub po prostu wyskoczył na jezdnię. Jeżeli kangurzy sus w wabiące światła reflektorów odbywał się jakieś 25-30 metrów przed naszym samochodem to jeszcze, można wytrzymać, zgoła dramatyczniej przedstawiała się sprawa, gdy nasz skaczący przyjaciel pojawiał się 5-6 metrów przed przednią szybą i machając ogonem przemykał spokojnie na drugą stronę szosy. Często nasze oczy reagowały dopiero w ostatniej chwili. W takich wypadkach to, że mogliśmy kontynuować jazdę zawdzięczaliśmy już tylko refleksowi Zdzisława. O tym, że kangur wyskoczył na jezdnię tuż przed maską wozu, informowały nas zawsze odgłosy "tłukących się" garnków w szafkach. Zawsze mieliśmy jednak szczęście i chociaż futerko tego miłego torbacza kilka razy otarło się o naszą Toyotę, to podczas całej podróży do prawdziwego zderzenia na szczęście nigdy nie doszło, przynajmniej z naszym udziałem. Z łezką w oku zauważyłem, iż wiele kangurów miało niestety znacznie mniej szczęścia niż my. Bindoon – wieczorny relaks w pubie: Edyta i ZdzisławBardzo często, zbyt często podczas podróży widzieliśmy po obu stronach szosy martwe ciała tych zwierząt. Najczęściej padały one ofiarami rozpędzonych ciężarówek tzw. "pociągów szosowych", które ciągnęły za sobą po 3-4 przyczepy. Nie miejmy złudzeń - kangur jest bez szans w konfrontacji z rozpędzonym do 120-130 km/h samochodem. Ciała martwych zwierząt przy szosie były w różnym stanie rozkładu. Te najlepiej zachowane z reguły były ofiarami minionej nocy. Nierzadko ciała ich były poszarpane, ponieważ padliną kangurów żywi się wiele dzikich zwierząt, brakowało więc ogona, czy innej części ciała.

Po bardzo męczącym odcinku drogi minęliśmy Toodyay i dotarliśmy do małej mieściny Bindoon, gdzie zatrzymaliśmy nasz samochód przy miejscowym pubie, będącym jednocześnie hotelem. Szefowa po krótkich targach zgodziła się na to, byśmy za 5 dolarów australijskich zaparkowali i "rozbili obóz" z tyłu domu. Nie była to kwota wygórowana, w cenę wliczono prąd i prysznic. (Na całej naszej trasie, gdy korzystaliśmy z tzw. "Caravanpark’ów" czyli kempingów, "kasowano" nas średnio na jakieś 20-23 dolary.) Po zaparkowaniu te same stałe czynności wieczorne, a następnie wizyta w pubie. Opłukaliśmy nasze gardła z czerwonego pyłu piwem o nazwie "Emu" i zagraliśmy partyjkę bilarda. Jeszcze przez jakąś godzinkę chłonęliśmy atmosferę wyszynku australijskiego, po czym udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Najczęściej kładliśmy się spać około godziny 22.00, a dzień zaczynaliśmy zawsze około 7.30. Co wieczór przed zaśnięciem Zdzisław (jak na kierownika wyprawy przystało) sporządzał plan trasy i określał nasze cele na następny dzień. Tak było i tym razem - główny punkt programu wytyczony na kolejny dzień to Nambung National Park z jego słynnymi ostańcami skalnymi (Pinnacles)
 
15 czerwca 2001, piątek - Struś tchórzem nie jest…
Po porannej toalecie i śniadaniu udaliśmy się do Gin Gin, a stamtąd drogą nr 1 do Badgingarra. Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie po to, aby zrobić zdjęcia i choć na chwilę uruchomić kamerę. Nambung National Park – słynne ostańce skalne Pinnacles (Edyta i Zdzisław)Główny powód naszych postojów to spalony busz przy drodze. W pejzażu, który widzieliśmy czarny smutek przeplatał się ze zwycięską zielenią. To, co oglądaliśmy, bardzo mocno przypominało mi utwór grupy "Procol Harum" o sugestywnym tytule: "Robak i drzewo" z tym, że rolę robaka w tym przypadku spełniał ogień. Wszędzie dookoła obserwowaliśmy olbrzymie, zupełnie zwęglone połacie poszycia i drzew. Jednak na - wydawać by się mogło zupełnie martwych gałęziach - pojawiały się nieśmiało pierwsze zielone listki. Jak silna i niepokonana jest australijska przyroda? W obserwowanych zgliszczach odnalazłem wzrokiem… butelkę po piwie, która najprawdopodobniej była powodem tego wielkiego nieszczęścia. Być może to właśnie ona, zadziaławszy jak soczewka skupiająca promienie słoneczne, przy tak suchym powietrzu wznieciła ogień. Takie pożary buszu działają często odkażająco, użyźniając glebę i dane środowisko. Jeszcze parę zdjęć: zielone pędy na czarnych, spalonych konarach - niesamowity widok - i jedziemy dalej… Pomyśleć, że u nas w Polsce zwęglone drzewo kojarzy się ze smutkiem i śmiercią, a tutaj na dole globusa może symbolizować nowe życie…

Zwiedzamy Pinnacles – nasza ToyotaNa wysokości Badgingarra skręciliśmy w lewo do Cervantes (245 km od Perth) skąd już tylko kawałek do Nambung National Park. Kupiliśmy bilety i wjechaliśmy na spotkanie formacjom skalnym - ostańcom o nazwie PINNACLES. Przy wjeździe do Parku strażnik zakomunikował nam, że czuje jakiś dziwny swąd z naszego samochodu. Jak się okazało później (za 3 dni) było to trafne spostrzeżenie, zwiastujące pierwsze problemy techniczne z naszą kochaną Toyotą. Wtedy jednak pomimo, iż wszyscy opuściliśmy nasz pojazd i szukaliśmy powodu tego zapachu, nic nie znaleźliśmy. Sądziliśmy, że to wina wysokiej temperatury, z powodu której grzeją się opony i niektóre części mechaniczne. Było bardzo ciepło, około 27°C w cieniu. Ostatni rzut oka na samochód i pojechaliśmy dalej. To czego za chwilę dotknę wielokrotnie oglądałem w telewizji i w książkach - pomyślałem. Już czuję, że za kilka minut przeżyję coś wspaniałego. Nie myliłem się. Nagle przed moimi oczyma wyłoniły się fantastyczne formacje wapienne, które powstały tutaj około 30 tysięcy lat temu. Na przestrzeni pustynnej, gdzieś jakieś 1,5 km ode mnie huczał ocean, widziałem bezlik brązowych i żółtawych stożków, które stały przede mną dumnie niczym wojsko. Wysokość ich sięgała do 5 metrów.

Nieco później, podczas wykonywania zdjęć, przytrafiło mi się coś, czego nie zapomnę do końca życia - pierwszy kontakt ze strusiem, i to jaki!

Kalbarri National Park – wybrzeże klifoweSłońce grzało bardzo mocno. Robiłem zdjęcia, gdy nagle między skałkami ujrzałem… przebiegającego strusia. Pomyślałem sobie - "O kurczę to pierwszy struś, którego widzę na wolności, a nie w ogrodzie zoologicznym, gratka nie lada". Wiedziałem, że później będzie ich więcej, ale ten był pierwszy. Poczułem się nagle jak myśliwy. Zamiast strzelby mocniej chwyciłem… aparat fotograficzny i kamerę. Mój ekwipunek składał się jeszcze z plecaka z podręcznymi rzeczami. Tak objuczony skradałem się, więc do wytropionej zwierzyny cały czas robiąc zdjęcia. "Mojego" strusia zauważyli również Edyta i Zdzisław, którzy także zaczęli zbliżać się do niego - każde z innej strony. Zwierzę najprawdopodobniej w pewnym momencie poczuło się osaczone (troje ludzi zbliżało się do niego z różnych stron) i zaatakowało tego intruza, który znajdował się najbliżej niego. Miałem pecha. Byłem to ja. Struś skierował się w moim kierunku i zaczął biec prosto na mnie. Przypominał byka szarżującego na swoją ofiarę. Ktoś powie, co za tchórz, przestraszył się jakiegoś tam ptaszyska. Mnie natomiast wcale nie było wówczas do śmiechu. Nie zastanawiając się długo ruszyłem "z kopyta". No, ale właśnie, gdzie tu by się schować? Nie za bardzo było gdzie! Pomyślałem o jakimś naturalnym schronieniu - skałce - ale najbliższa z nich była na tyle daleko, że wiedziałem, iż zanim do niej dobiegnę, aby się za nią ukryć, struś przebiegnie po mnie niczym po wykładzinie w przedpokoju… Kalbarri National Park – Zdzisław 'chwyta' przyrodęByłem pewny, że nie będzie to dla mnie przyjemne uczucie. Dramaturgii całej sytuacji dodawał fakt, iż na tydzień przed wylotem do Australii oglądałem na kanale telewizyjnym National Geografic film o kazuarach. Są to zwierzęta bardzo podobne wyglądem do strusi, posiadające olbrzymi pazur, którym niczym ostrym sierpem rozdzierają swoje ofiary. Jak mówiono w tym filmie mogą one zaatakować człowieka bez powodu. Biegłem ile sił w nogach w pełnym ekwipunku - za mną 25 metrów z tyłu szarżował wściekły struś, który w mojej podświadomości, w chwili mej panicznej ucieczki, był okrutnym kazuarem. Nawet gdyby dotarło do mnie wtedy, iż mój "prześladowca" jest "tylko" strusiem, to i tak nie za bardzo podobała mi się perspektywa odgrywania roli wykładziny, po której to za chwilę przebiegnie rozpędzone zwierzę. Uciekałem co sił w nogach. W ułamku sekundy nabrałem olbrzymiego szacunku dla "wolnej" australijskiej przyrody i szczerze żałowałem, że zakłóciłem jej spokój i prywatność. Teraz było już jednak za późno na skruchę… Gdy zastanawiałem się czy struś uderzy mnie swoją potężną nogą, czy też dziobem i co wtedy stanie się ze mną i moim bezcennym sprzętem fotograficznym, nastąpił zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji. Wielkie ptaszysko w pełnym biegu wyhamowało, zatrzymując się praktycznie w miejscu (jakby posiadało ABS), aż wzniosły się tumany kurzu. Mój ptasi "przyjaciel" zatrzepotał swoimi niewielkimi skrzydełkami jakby chciał mnie przestraszyć i… zmieniwszy kierunek o 90° pobiegł w przeciwną stronę. Jak mi później relacjonowała to wydarzenie Edyta, w pierwszych sekundach (z daleka) wyglądało to naprawdę poważnie, później jednak nie mogła się ona powstrzymać od śmiechu patrząc na mnie, jak przekomicznie przebierając ze wszystkich sił nogami, starałem się być szybszym od strusia… Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie. Było to dla mnie przeżycie, którego długo nie zapomnę. Po zakończeniu zdjęć "pinnaclom" wróciliśmy do samochodu i udaliśmy się wybrzeżem na północ. Miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy to: Jurien Green Head, Leeman oraz Greenough, gdzie rozbiliśmy obóz na noc.
 
16 czerwca 2001, sobota - Amatorzy surfingu / rzeźby fal
Głównym naszym celem tamtego dnia było Kalbarri, gdzie można podziwiać przepiękne, strome, czerwone klifowe wybrzeże. To tutaj rzeka Murchison River wpada do oceanu, tworząc przepiękny kanion o stromych ścianach.

Z samego rana wyruszyliśmy z Greenough. Nim dotarliśmy do Kalbarii zwiedziliśmy najpierw pobliskie Geraldton nazywane często "Sun City" (Miasto Słońca). Największą atrakcją są tam przepiękne plaże - natychmiast udaliśmy się więc nad ocean. To co uderzyło mnie od razu to fakt, że wszędzie wokoło stały samochody z bagażnikami, na których przytwierdzone były deski surfingowe. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Otóż po wjeździe na pierwszą plażę już z daleka zauważyć można było ogromne fale idealne dla amatorów surfingu. Zaparkowaliśmy nasz samochód, zabraliśmy sprzęt do filmowania i ruszyliśmy do "pracy". Kalbarri National ParkPo blisko godzinnym pobycie na plaży mieliśmy już niezły materiał zdjęciowy tego niemal narodowego sportu Australii. Z szacunkiem i zazdrością podziwiałem wysportowanych ludzi, którzy z odwagą "ujarzmiali" potężne dzikie fale i chociaż nieraz musieli uznać wyższość żywiołu, natychmiast podnosili się ponawiając próbę.

Po krótkim, lekkim drugim śniadaniu udaliśmy się dalej na północ do odległej o 100 km od Geraldton miejscowości Ajana. Później odbiliśmy w lewo. Po przejechaniu około 85 km wjechaliśmy do Kalbarri. To co zobaczyłem nad oceanem naprawdę zatykało dech w piersiach. Olbrzymie fale oceanu rozbijające się o wysokie i strome brzegi wybrzeża, przez lata wyrzeźbiły niewiarygodne i niewyobrażalnie piękne formacje skalne. I tak, można było zobaczyć choćby samotnie stojące w pobliżu plaży skały, które kiedyś, w odległej przeszłości, miały połączenie z lądem, tworząc pewnego rodzaju mosty, pod którymi szalała morska kipiel, podziwiałem także niesłychanie strome zbocza, wciąż podmywane u swojego podnóża przez fale. Były to naprawdę wspaniałe widoki. Okolice te tak nas zafascynowały, że nie zauważyliśmy szybko upływającego czasu, a jeszcze przed zmrokiem chcieliśmy przecież wrócić na główną drogę nr 1. Cóż, jak się okazało niezupełnie udał się nam nasz plan. Już w połowie drogi złapał nas zmrok i musieliśmy zarządzić "pogotowie kangurowe", co wiązało się ze znacznym zmniejszeniem prędkości, a co za tym idzie, z poślizgiem czasowym. Nie można było jednak jechać szybciej, ponieważ przejeżdżaliśmy przez bardzo gęsty busz "Kalbarri National Park", ryzyko zderzenia ze zwierzęciem było więc spore. Po dłuższej, uważnej jeździe dotarliśmy wreszcie do słynnej jedynki i ujechaliśmy jeszcze jakieś kilkadziesiąt kilometrów, aż ujrzeliśmy parking, na którym zatrzymaliśmy się na noc.
 
17 czerwca 2001, niedziela - Czasu mało, za mało… i coraz mniej…
Nasza pierwsza niedziela w drodze. Po porannych stałych czynnościach ruszyliśmy w drogę. Naszym celem był tego dnia półwysep Peron i zatoka rekina (Shark Bay). Pierwszy postój zaplanowaliśmy w Overlander Roadhouse, od którego dzieliło nas jakieś 150 km. Dojechaliśmy tam bez przeszkód. Po uzupełnieniu zapasów paliwa i krótkim postoju odbiliśmy w lewo do Hamelin Pool - historycznej stacji telegraficznej. Na jej terenie znajduje się obecnie również parking dla samochodów, gdzie strudzeni podróżni mogą odpocząć, wziąć prysznic lub dokonać drobnych zakupów. Można tam również zostać na noc. Hamelin Pool (Australia Zachodnia), zbiorniki na 'deszczówkę'Po przybyciu na miejsce Edyta i Zdzisław pojechali dalej na odległą o 500-600 metrów plażę, gdzie mieli wykonać serię zdjęć bardzo ciekawym "żyjątkom" morskim - stromatolitom, ja pozostałem na stacji. W ten sposób podzieliliśmy się zajęciami. Bardzo chciałem bliżej zapoznać się z tym miejscem, które poza swym znaczeniem historycznym jest również typową "oazą cywilizacji" w australijskim buszu. Najważniejszą "częścią" tego miejsca jest jego "serce", czyli potężny silnik - agregat na ropę, który spełnia rolę mini elektrowni. To on właśnie dostarcza prąd do wszystkich urządzeń tego obozowiska. To co od razu rzuciło mi się w oczy, a w dalszej podróży po Australii było już normalnym obrazkiem - to olbrzymie zbiorniki na "deszczówkę" stojące przy każdym zabudowaniu. Podczas deszczu woda, która płynie w rynnach, kierowana jest właśnie do tych zbiorników, a nie do kanalizacji, jak to bywa w krajach europejskich. System filtrów takiego zbiornika powoduje, że woda jest czysta i nadaje się do picia. Gospodarze tego parkingu wręcz zastrzegli sobie, aby wody tej nie używać do innych celów, np. mycia naczyń czy do prania, bo nie ma jej za dużo i trzeba oszczędzać. Do innych celów gospodarczych, czy do kąpieli służy tu woda sprowadzana rurami z pobliskiego oceanu. O tym, że tak właśnie było przekonałem się podczas kąpieli, wyraźnie wy czuwając sól. Nie jest tajemnicą, iż Australia cierpi na brak wody, a właśnie w takich miejscach jak Hamelin Pool (w dalszej podróży było ich więcej) odczułem to na własnej skórze. Dopiero tu naprawdę zrozumiałem ten problem, nabierając olbrzymiego szacunku do niedocenianej w wielu częściach świata H2O! Zwiedzając okolicę skierowałem się na pobliskie niewielkie wzniesienie, za którym - jak myślałem - powinien być ocean. Nie myliłem się, tak jak zakładałem, za wzniesieniem rozciągał się przepiękny widok. Moją uwagę przyciągnęło coś ciekawego na brzegu. Wyglądało to jakby mini kopalnia odkrywkowa. Dwoje ludzi wycinało białe bloki piłami ręcznymi. Jak się później okazało było to nic innego, jak sprasowane małe białe muszelki, które można było wycinać niczym bloki chałwy. Na pobliskich plażach jest tego mnóstwo, ponieważ okoliczne plaże to nie piasek, lecz wyłącznie małe muszelki.

Na jedną z takich plaż udaliśmy się zaraz po powrocie Edyty i Zdzisława, gdy zakończyli tylko oni dokumentację zdjęciową stromatolitów.

Hamelin – plaża muszelkowaKiedy już tam byliśmy przez głowę przeszła mi w pewnej chwili myśl, iż tak właśnie musi być w raju. Słońce piekło niemiłosiernie, odbijało się od plaży i od czystej, krystalicznie przejrzystej, przezroczystej wręcz wody oceanu. Widoków tych nie można było oglądać bez słonecznych okularów, gdyż oczy nie wytrzymałyby długo takiej ilości światła. Jak tutaj pięknie - pomyślałem. Zdzisław zarządził półgodzinne leniuchowanie, aby odpocząć i naładować się energią tego miejsca na następne kilometry podróży…
 Ktoś może się zdziwić: pół godziny, a dlaczego nie dłużej? W wielu miejscach nie było niestety nawet tyle czasu. Nasze plany były bardzo ambitne, a co za tym idzie czas gonił nieubłaganie. Poprzeczkę postawiliśmy sobie bardzo wysoko. 13 000 km w 35 dni. Do tego dochodzi dokumentacja zdjęciowa i filmowa odwiedzanych okolic… Czas uciekał szybko, kilometry znacznie wolniej - liczyła się każda zaoszczędzona minuta… W wielu miejscach nie mogliśmy zatrzymać się na długo. W innych, mimo chęci, nie zatrzymywaliśmy się w ogóle. Nie ukrywam, że nieraz korciło mnie, aby zwolnić tempo i zostać gdzieś na dzień lub dwa. Wiedziałem jednak, że jest to niemożliwe. Cóż, coś za coś - albo szybkie tempo i wykonanie planu lub dłuższe i dokładniejsze badanie kosztem okrojenia trasy. Wybrałem pierwsze. Chociaż żal było często opuszczać jakieś miejsce, zawsze zwyciężała chęć poznania większej części Australii i w związku z tym szybkie podróżowanie pozostało koniecznością aż do samego końca. Razem z Edytą zdaliśmy się na doświadczenie Zdzisława, który tak umiejętnie wybierał trasę wyprawy, aby jak najmniej ważnych rzeczy pominąć, a istotnym miejscom poświęcić więcej czasu.

Zakończywszy leniuchowanie na plaży "muszelkowej" wróciliśmy do samochodu. Niedaleko naszego obecnego miejsca pobytu, po drugiej stronie półwyspu znajdowała się słynna miejscowość Monkey Mia. Już od 37 lat pod plaże tej miejscowości podpływają delfiny. Przyzwyczaiły się one widocznie do obecności człowieka do tego stopnia, że pozwalają mu się karmić, stanowiąc w ten sposób olbrzymią turystyczną atrakcję. Z przewodników turystycznych dowiedzieliśmy się, że aby obejrzeć owe delfiny powinniśmy się zjawić na plaży w godzinach dopołudniowych, a że było już grubo po 14.00, chcąc nie chcąc, musieliśmy zrezygnować z tego punktu wyprawy. W zamian postanowiliśmy zwiedzić dokładniej okolicę i późnym wieczorem "zawinęliśmy" z powrotem do Hamelin Pool, gdzie spędziliśmy noc.
 
18 czerwca 2001, poniedziałek No i umarł… samochód…
Rano wracają wspomnienia dnia poprzedniego. Przypominam sobie jak wieczorem robiliśmy jeszcze na plaży zdjęcia stromalotitom. Pamiętam też poszukiwania w piasku rolki filmu - Edyta zgubiła ją na plaży. Pal licho jedna rolka, mieliśmy ich przecież setki, problem w tym, że był to już film naświetlony, ze zdjęciami. Przeszukaliśmy spory kawałek plaży, ale bezskutecznie.

Codziennie 'kręciliśmy' ok. 500–600 kmTo było wczoraj! - wracam do dnia dzisiejszego. Po śniadaniu opuściliśmy gościnny Hamelin Pool i ruszyliśmy w kierunku głównej drogi, nic nie przeczuwając, że już niedługo czeka nas niemiła niespodzianka. Jechaliśmy więc w kierunku Overlander Roadhouse Był przepiękny poranek, dużo słońca, a na poboczach drogi mocno czerwona ziemia informowała nas, że kierujemy się coraz bardziej na północ. Słońce bardzo mocno ogrzewało kabinę naszej Toyoty i silnie raziło w oczy. Zdzisław włączył "klimę", założyliśmy okulary. Ja siedząc przy oknie dodatkowo chroniłem się kapelusikiem, do którego przyczepiłem agrafkami chusteczkę. Tak zmyślnie skonstruowany zestaw chronił mi głowę i kark przed promieniami słonecznymi. Było przepięknie, super… aż tu nagle odezwał się Zdzisio: "Mam włączoną czwórkę (bieg), a nic nie ciągnie i słuchajcie coś jakby znowu czuć spalenizną". Zapatrzeni z Edytą w przepiękne krajobrazy, które otaczały nas zewsząd, wcześniej nic nie poczuliśmy, ale teraz faktycznie przyznaliśmy naszemu szefowi rację. Coś się najnormalniej w świecie fajczyło. Swąd wydobywał się jakby spod naszych siedzeń - silnik - pomyślałem. Zapach był bardzo podobny do tego, na który zwróciła nam uwagę strażniczka, gdy wjeżdżaliśmy do Nambung N.P.

Sydney. Od lewej: wujek Roman, babcia Leokadia, ciocia Elżbieta     Zdzisław zatrzymał samochód i wszyscy wyszliśmy na zewnątrz. Zrobiliśmy mini przegląd, czyli stan oleju, wody itp. Wszystko było w porządku. Łudząc się, że jakoś "to" samo się naprawi weszliśmy do wozu i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Lecz problem się powtórzył. Mam czwórkę i nic, wlecze się jak stara kobyła ta nasza Toyota - ponownie odezwał się Zdzisław. Postanowiliśmy wyjść z samochodu i poczekać na kogoś, kto zlokalizuje naszą awarię. Siedzieliśmy, więc cierpliwie na poboczu drogi - nasz samochodzik odpoczywał, my podziwialiśmy piękno Australii i czekaliśmy na jakąś życzliwą duszę, która wybawiłaby nas z tarapatów. Nagle na horyzoncie pojawił się połyskujący punkcik, który po 5 minutach okazał się być terenową Toyotą z przyczepą, w środku której małżeństwo w średnim wieku "zabijało" swój czas podróżując po Australii. Opowiedzieliśmy kierowcy Toyoty o naszych spostrzeżeniach i zapytaliśmy co o tym sądzi. Greg - bo tak miał na imię - zajrzał do silnika, wymienił kilka zdań ze Zdzisławem, po czym zawyrokował, że może są jakieś problemy z dostarczaniem paliwa… Filtr paliwa ? Zaproponował nam bardzo rozsądne rozwiązanie. Jedźcie przodem - powiedział - ja pojadę za wami i będę was pilotował aż do Overlander Roadhouse, gdzie jest stacja benzynowa. Może ktoś tam powie wam coś więcej o tym uszkodzeniu. Jak powiedział, tak też zrobiliśmy.

Od celu dzieliło nas jakieś 60 km, lecz ponieważ awaria ograniczyła naszą prędkość jazdy do 50-60 km/h, dotarliśmy na miejsce dopiero po 1,5 godzinie. Na stacji benzynowej podziękowaliśmy Gregowi i udaliśmy się do obsługi prosząc o pomoc. Wiedzieliśmy już, że czas w Australii "biegnie wolniej" i ludzie tutaj, szczególnie na pustkowiu, nie "gonią" tak za wszystkim jak mieszkańcy Europy. Teraz mogliśmy się o tym przekonać na własnej skórze. Dopiero po godzinie podszedł ktoś do nas i zaczął grzebać przy silniku. Opinia była podobna. Prawdopodobnie poszedł filtr paliwa. Nasz "mechanik" zaproponował, że zatelefonuje do wypożyczalni w Perth i ustali warunki naprawy samochodu. Po tych słowach zniknął za drzwiami budynku stacji. Awaria uświadomiła nam, że bardzo dobrze zrobiliśmy wykupując pełne ubezpieczenie samochodu. W takim przypadku wszelkie naprawy pokrywa wypożyczalnia, a w skrajnej sytuacji, gdy samochód nie nadaje się do dalszej jazdy (czy to z powodu kolizji, czy też zwykłej awarii) wypożyczalnia musi w przeciągu 3 dni dostarczyć nam nowe auto. Byliśmy więc spokojni o koszty naprawy, ale pełni niepokoju czy przerwa w podróży pozwoli nam zrealizować cały plan wyprawy.

Wykorzystując przymusową przerwę zrobiliśmy małe pranie odzieży. Edyta postanowiła zadbać o fryzurę, czyli mówiąc prościej po prostu umyła włosy. Po tych czynnościach każdy miał swój czas wolny. Edyta i Zdzisław oddali się kąpieli słonecznej na pobliskich ławeczkach, a ja zauważywszy budkę telefoniczną postanowiłem zadzwonić do cioci w Sydney, do której - wstyd się przyznać - nie odezwałem się do tej pory ani razu od wylądowania w Australii. Miała to być nasza pierwsza rozmowa w życiu…

Sydney. Wujek RomanCiocia Elżbieta to siostra wujka Romana, który "zaraził" mnie Australią. Wujek po II wojnie światowej wyemigrował z Italii na Antypody. Było to w roku 1949-1950. Sylwestra 49/50 spędzał na morzu, płynąc statkiem do swojej nowej ojczyzny. Już nigdy potem nie wrócił do Polski, choć kilkakrotnie wybierał się do kraju. Jak pisał w listach do rodziny: "Już może za rok, dwa - was odwiedzę…". Nigdy to jednak nie nastąpiło. Zawsze praca lub inne powody przeszkadzały mu w realizacji tych planów. Z wujkiem komunikowałem się tylko listownie. Nigdy nie usłyszałem jego głosu, nawet przez telefon…

Teraz to ja byłem w Australii - co zawsze było moim marzeniem - i mógłbym nareszcie z Nim porozmawiać. Niestety; spóźniłem się o jakieś 20 lat. Wujek Roman Malinowski zmarł bowiem 25 października 1981 r. Mimo to "spotkam się" z Nim pod koniec podróży odwiedzając cmentarz w Sydney. Już teraz wiedziałem, że to będzie dla mnie bardzo wielkie przeżycie. Wierzyłem gorąco, że gdy będę przy jego grobie, mimo że nie będę go mógł uściskać i dotknąć, to będzie on przy mnie i wszystko, co powiem, on na pewno usłyszy… Z wujkiem "porozmawiam" pod koniec lipca, już za 5 minut usłyszę natomiast ciocię Elżbietę. Pamiętam, że przed tą rozmową miałem wielką tremę. Po wejściu do budki wykręciłem numer i czekałem na połączenie. W oczekiwaniu zerknąłem przez szybę na ławki, na których to Zdzisław i Edyta zażywali słonecznej kąpieli. Edyta pomachała do mnie ręką, dając mi pewnie w ten sposób znać, że jest super i wszystko okay… i właśnie w tej chwili odezwał się głos w słuchawce: hello. Odpowiedziałem cioci, że to ja Roman Malinowski z… Bydgoszczy. Po paru sekundach trema minęła i dzieliłem się z ciocią wrażeniami i planami. Jak się dowiedziałem od cioci, gdy dojadę do Sydney mogę jej niestety nie zastać w mieście, bo wybiera się na wcześniej zaplanowany urlop. Ogarnął mnie wówczas smutek i przygnębienie, ale miałem cichą nadzieję, że coś się zmieni i jednak się zobaczymy. Czy miałem rację? Nie uprzedzajmy faktów… . Pytałem też ciocię, jak zareagowała, gdy dowiedziała się o moim istnieniu i mojej podróży do Australii. Poinformował ją o tym mój kolega Roman Smutek z Sydney - nasz klubowicz, który w Australii mieszka już od ośmiu lat. To on zadzwonił przed naszą wyprawą do cioci Elżbiety, że jest w posiadaniu listu od Romana Malinowskiego (czyli ode mnie) i prosił o kontakt. Ciocia mówiła mi teraz przez telefon, że poczuła dziwny dreszczyk emocji i odpowiedziała Romanowi Smutkowi, że owszem zna Romana Malinowskiego - to jest jej brat, ale on nie żyje już od 20 lat. Dopiero, gdy cała sprawa się wyjaśniła i okazało się, że Roman Malinowski to nie brat, ale bratanek, który wybiera się do Australii, ciocia uświadomiła sobie, że to nie są żadne żarty ani też sygnały zza grobu. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, gdy miły głos w słuchawce poinformował mnie, że kończy mi się karta telefoniczna. Umówiliśmy się więc, że zdzwonimy się później, w dalszej części mej podróży. Po zakończonej rozmowie wyjąłem zużytą kartę, na pamiątkę schowałem ją do portfela, i poszedłem zwiedzić stację, czyli Overlander Roadhouse.

Stacja paliw w Overlander RoadhouseMożna powiedzieć: "stacja, jak stacja, nic szczególnego", tak mogłoby wydawać się w Europie, ale nie tutaj. Do najbliższej mieściny (Denham) około 166 km na zachód, do najbliższej większej miejscowości na południe (Geraldton) około 300 km, na północ (Carnarvon) około 200 km. Z takiej perspektywy te 3 skromne budynki stacji benzynowej spełniają tutaj rolę nie mniejszą niż… stacja orbitalna w kosmosie. Podróżny, który zatrzymuje się tutaj, ma jedyną okazję, by zaopatrzyć się w niezbędne do dalszej podróży rzeczy, takie jak benzyna, woda, żywność itp. Strudzony globtroter może też tutaj zmyć z ciała czerwony pył zażywając błogiej kąpieli pod prysznicem, a później zjeść coś w miejscowym barze. Można też dokonać drobnych napraw samochodu. Zrobiłem kilka zdjęć zabudowaniom i wszedłem do środka. Moją uwagę przykuły lniane makatki w sklepiku z pamiątkami. Ciekaw byłem, gdzie były zrobione. Na pierwszej z nich znalazłem napis… Made in China. Wziąłem do rąk drugą z kolei, na której zobaczyłem przemiłego misia koalę. Jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłem na niej napis… Made in Poland. Musiałem przejechać tysiące kilometrów z Polski do Australii, aby tutaj na skrajnym odludziu na stacji benzynowej natrafić na pamiątkę z Australii wykonaną w Polsce. Skrzyżowanie słynnej 'jedynki' z drogą prowadzącą do Denham (zdjęcie wykonane w Overlander Roadhouse)Cóż za ironia, nieprawdaż? Wypiłem znane mi już piwo "EMU", później małą kawę i udałem się do Edyty i Zdzisława, którzy już trochę nerwowo rozglądali się za naszym gospodarzem. Już 2 godziny temu poszedł dzwonić do Perth i zniknął jak kamień w wodę. Zdesperowani ruszyliśmy, więc z misją poszukiwawczą. Po kilku minutach znaleźliśmy naszą "zgubę". Był z tyłu zabudowań, gdzie w prowizorycznym warsztacie z głową pod maską jakiegoś terenowego samochodu sprawdzał i uzupełniał olej - tak to przynajmniej wyglądało na pierwszy rzut oka. Swoją drogą, tak oblepionego od środka pyłem i kurzem samochodu jeszcze nie widziałem. Dla tutejszych farmerów to zapewne normalna sprawa, samochód jest tutaj przecież głównie narzędziem pracy, a że wszystkie drogi nieasfaltowe to czerwony pył, więc przejażdżka po takiej "autostradzie" zawsze kończy się tak samo - klimatyzacja wysiada, więc aby się nie ugotować kierowca otwiera okno i… samochód wygląda później, jak wygląda. Z przerażeniem popatrzyłem na kabinę tego pick-up’a: kierownica, deska rozdzielcza, siedzenia - wszystko to pokryte było czerwonym piaskiem. Jak dobrze, że w naszej Toyocie "klima" działa i wszystko jest szczelne - powiedziała Edyta, która też przyglądała się z przerażeniem wnętrzu tego samochodu.

Nasz gospodarz wyjął głowę spod maski i powiedział, że dzwonił do Perth i czeka na potwierdzenie czy może przewieźć i naprawić naszą Toyotę w najbliższym profesjonalnym warsztacie naprawczym. Zapytaliśmy się, gdzie jest ten warsztat? A tutaj, kawałek drogi w… Denham - usłyszeliśmy. Ładny mi "kawałek" - pomyślałem sobie - "jedyne" 160 kilometrów… Overlander Roadhouse - nasz samochód wciągany na lawetęPrawie tyle co z Bydgoszczy do Gdańska, gdzie po drodze zapewne znaleźlibyśmy kilkadziesiąt takich warsztatów samochodowych. Gdy tylko Perth potwierdzi mi, że wszystko okay, to dzwonię do Denham po lawetę, która zabierze stąd was i wasz samochód - powiedział nasz rozmówca Gdy kończył to zdanie, podeszła jakaś dziewczyna z baru i powiedziała, że jest telefon z Perth. Mechanik odszedł do telefonu, po chwili wrócił i powiedział, że w wypożyczalni wyrazili zgodę na transport i naprawę, więc zadzwonił od razu po lawetę, która za chwilę (czyli jakieś 2 godziny…) powinna być na miejscu. To powiedziawszy ponownie zniknął pod maskę pick-up’a.

Widząc, że nie mamy już tu niczego do roboty, wróciliśmy do naszego samochodu i pod dowództwem Edyty zaczęliśmy przygotowywać obiad -jakąś puszkę, makaron z sosem i cole. Byliśmy już dość głodni, więc bardzo szybko wszystko to znalazło się w naszych żołądkach. Słońce było już nisko nad horyzontem, gdy w lawecie, razem z naszą Toyotą, podążaliśmy do Denham Do miasteczka wjechaliśmy, gdy było już całkiem ciemno. Kierowca przetransportował nasz samochód na camping nad oceanem i powiedział, że nazajutrz będzie nas pilotował do warsztatu Umówiliśmy się na godzinę 8.00. Przed snem poszliśmy jeszcze na krótki spacer, później toaleta … do łóżeczek.
 
19 czerwca 2001, wtorek - Przymusowa przerwa
Tarcza sprzęgła do wymiany -taka była diagnoza mechaników. Okazało się, że ślizgała się (stąd ten swąd) i dlatego silnik nie ciągnął tak jak powinien. Niestety co najmniej jeden dzień spędzimy w oczekiwaniu na tę feralną część, którą trzeba będzie sprowadzić… autobusem rejsowym, aż z Perth. W warsztacie powiedziano nam, że powinna dotrzeć na miejsce jutro rano. W tej sytuacji bezsilni weszliśmy do naszego samochodu i powolutku udaliśmy się z powrotem na camping.

Kamping w Denham – czekamy na nowe części do naszej Toyoty No i doczekałem się - przerwa w podróży; cały dzień w jednym miejscu. Jest ! Przyznam, że zamiast się smucić, podświadomie ucieszyłem się. Zdałem sobie sprawę, iż nareszcie będę mógł spokojniej "chłonąć" Australię. Będę mógł bez pośpiechu przyjrzeć się tej miejscowości, wejść wreszcie na dłużej do miejscowego baru (dużo czytałem o specyficznym klimacie pubów na Antypodach) i w spokoju posiedzieć na plaży nad oceanem.

Po powrocie na parking ustaliliśmy, że każdy idzie w swoją stronę i wracamy do samochodu na 15.00, aby "wrzucić coś na ruszt".

Pierwsze moje kroki skierowałem na plażę. Wiał silny wiatr. Towarzyszyły mi mewy i - co ciekawe - czarne kruki. Miałem wrażenie, że ptactwo fruwając tuż nad moją głową i nawzajem się przekrzykując tworzy coś na podobieństwo powietrznego pola bitwy. Stado kruków po chwili wzbiło się wyżej i zatoczywszy koło odleciało w głąb lądu. Mewy natomiast, zauważywszy iż nie zamierzam ich dokarmiać, szybko przestały się mną interesować. Jak gdyby nigdy nic, jedne fruwały w powietrzu wypatrując pożywienia, inne zaś spacerowały plażą przetrząsając dziobkami wyrzucone przez fale kępki roślin.

Udałem się na pobliskie molo, gdyż zauważyłem krzątaninę na jednej łodzi. Domyśliłem się, że za chwilę wypłynie ona w morze. To na co od razu zwróciłem uwagę, to idealna czystość na pokładzie i przeraźliwa biel kadłuba tej jednostki. Nie mogłem bez bólu w oczach patrzeć w jej kierunku, więc szybko założyłem okulary przeciwsłoneczne. Denham – wieczorny spacerTeraz dopiero mogłem spokojniej i dokładniej przyjrzeć się jej z bliska. Trzech mocno opalonych mężczyzn układało różne przedmioty na pokładzie, sterczące wędki zamocowane w specjalnych uchwytach wskazywały na to, że przygotowują się do połowów. Było jeszcze coś, czemu teraz przyjrzałem się dokładniej. Otóż patrząc na ocean zauważyłem, że przybrzeżna płycizna (kolor jasnozielony) poprzecinana jest ciemnogranatowymi ścieżkami. Jedna z nich prowadziła do molo. Domyśliłem się szybko, że ścieżki te to specjalne głębokie kanały wykonane przez człowieka w przybrzeżnej rafie koralowej. Sieć tych kanałów prowadziła aż na pełny ocean. Obserwowałem tę łódź, aż wypłynęła, po czym udałem się do pobliskiego pubu, na budynku którego widniał napis: "Shark Bay Hotel". Wszedłem do środka. Było tylko parę osób, lokal zapewne bardziej wypełni się pod wieczór. Była dopiero 12.00 w południe. Wypiłem małe piwo i udałem się dalej główną ulicą. Nagle ujrzałem przed sobą napis: "internet cafe - poczta". Wreszcie kontakt z domem! - ucieszyłem się w duchu. Wszedłem do środka. Było tutaj wszystko co jest potrzebne do komunikowania się ze światem: telefon, internet i możliwość wysłania pocztówek. Zapytałem miłą panią czy mogę skorzystać z poczty elektronicznej. Tak - odpowiedziała - oczywiście, 2 dolary australijskie za pół godziny. 30 minut nie wystarczyło mi. Zanim rozszyfrowałem ten komputer już minął kwadrans, a że miałem dużo wrażeń z ostatnich dni podróży do przekazania mojej rodzince to wykupiłem następne pół godziny. Później podziękowałem miłej obsłudze kawiarenki za pomoc i udałem się dalej na zwiedzanie Denham. Zrobiłem kilka zdjęć negatywowych, pozytywowych (czyli slajdów) i zarejestrowałem kilka minut filmu kamerą. Czas biegł szybko i wcale nie zauważyłem jak zrobiła się 14.00. Wróciłem czym prędzej do swoich, by pomóc przy obiadku.

Po posiłku wszyscy poszliśmy na spacer. Po powrocie, około 18.30 każde z nas zabrało się za pranie. Rozwiesiłem mokre rzeczy na linkach i wskoczyłem pod prysznic. Po całym dniu taka kąpiel w "cywilizacji" (podczas podróży nie codziennie mieliśmy dostęp do łazienki - często musiała wystarczyć miska z wodą lub umywalka na stacji benzynowej) była wspaniałą rzeczą i wielką przyjemnością. Po powrocie do naszej Toyoty zabrałem mój "rynsztunek", czyli 2 aparaty fotograficzne, kamerę, dyktafon i udałem się do wspomnianego już przeze mnie wcześniej pubu. Był już wieczór, a ja bardzo chciałem przeżyć tę specyficzną atmosferę wyszynku australijskiego. Moja pierwsza dłuższa i spokojniejsza wizyta w takim przybytku. Pożegnałem moich towarzyszy i w drogę. Było już ciemno, na ulicy pusto, ale w przeciwieństwie do warunków jakie panują w Polsce nie odczuwałem tutaj obaw, że ktoś może mnie zaczepić lub też może mnie spotkać jakaś niemiła historia. Czułem się nad wyraz bezpiecznie i zrelaksowany.

Po kwadransie znalazłem się pod drzwiami pubu. Wewnątrz od razu zaatakował mnie gwar, śmiech i odgłosy kul bilardowych. Od samego początku atmosfera wnętrza różniła się od tej, którą zastałem tutaj w południe. Wszedłem dalej. Jakaś para, chłopak i dziewczyna, grali w bilard. Na oknie, po prawej stronie od wejścia leżała kartka z napisem: "dzieciom nie wolno grać w bilard". Na wprost od stołu z bilami, na ścianie, wisiała tarcza do rzutów lotkami, jednak nikt z niej aktualnie nie korzystał. Większy tłum skupił się przy barze po lewej stronie. Tutaj również na ścianie wisiały tarcze do rzutów lotkami, jednak w przeciwieństwie do tej pierwszej, tu wszystkie były okupowane przez graczy. Wyniki zapisywane były kredą na małych wiszących na ścianie tablicach. Denham – w pubie z ...Ludzie śmiali się, rozmawiali i sączyli zimne piwo w przerwach między rzutami. Wśród graczy były też kobiety, które towarzyszyły swym panom i razem z nimi miło spędzały wieczór. Zaintrygował mnie fakt, iż nie dojrzałem tutaj ani jednej osoby pijanej, czyli "po polsku" chwiejącej się na nogach. Dużo osób miało "dobry humor", jednak nikt nikogo nie zaczepiał, a to że wykonywałem zdjęcia nikomu nie przeszkadzało.

Za barem uwijało się dwóch barmanów. Podszedłem i zwróciłem się do jednego z nich - poproszę jedno małe piwo. Jakie? - padło pytanie. Po sekundzie namysłu odpowiedziałem - EMU. Pojawił się mały problem, gdyż jak się okazało nie funkcjonuje tam pojęcie "małe" jak w Polsce. Do wyboru jest po prostu kilka rodzajów szklanek o różnych pojemnościach. Opiszę teraz ceremonię nalewania piwa do mojej szklanki. Każdy powie - co za ceremonia, wziął, nalał i już. Oj nie, nie, kto by tak myślał jest w dużym błędzie. Ja też sądziłem, że barman wyjmie spod baru szklankę i naleje mi z "kija" piwo. Otóż pusta szklanka owszem wylądowała przede mną bardzo szybko, ale… wyjęta została ze specjalnej lodówki, w wyniku czego szklanka była zimna i zmrożona. Czy może być w takiej? - usłyszałem pytanie. Okay - odpowiedziałem i po chwili zimny, złocisty napój wlewał się do mojej zimnej i oszronionej szklanki. Efekt tej operacji był taki, że piwo w mojej szklance nie miało pianki. No cóż - pomyślałem sobie - brak pianki, czyli więcej piwa - i właśnie w tym momencie puchar wylądował przede mną. Barman był bardzo szczodry, nadmiar złocistego płynu aż spływał po ściankach naczynia na specjalny ręczniczek (z reklamą piwa) usytuowany na barze… Po opróżnieniu kufla i uregulowaniu należności poszedłem dalej.

Denham – chłonę 'klimat' AustraliiZnalazłem się teraz w części (jakby restauracyjnej) pubu. Było tutaj 5 stolików, przy których można było coś przekąsić. W głębi stał pokaźnych rozmiarów telewizor, po prawej stronie natomiast usytuowany był fortepian, na którym stała makieta żaglowca. Na lewo od fortepianu było przejście (nad którym na ścianie wisiała potężnych rozmiarów "wypchana" ryba w sieci rybackiej) do klasycznej restauracji z dużą ilością stolików. Wróćmy jednak jeszcze na chwilkę do pubu i bawiących się tam gości. Otóż coś co mnie wprawiło w zdumienie to, że gdy spojrzałem na dół pod nogi siedzących przy barze ludzi, to zobaczyłem tam tony petów, śmieci i odpadków. Co prawda widziałem przy szklankach popielniczki, ale jak się okazało wygodniej chyba było rzucać to wszystko na ziemię. Gdy już wychodziłem z pubu jeszcze coś przykuło moją uwagę. Otóż na ścianie wisiały 3 zdjęcia wielkiego białego rekina - żarłacza. Jak głosił napis wyłowiono go w sierpniu 1956 r. w Carnarvon. Z opisu pod zdjęciami Dowiedziałem się, że Reg i Lendray Andersonowie, Jack Rumkoff i Clem Hill to bohaterowie tego wydarzenia. Było już grubo po 22.00 gdy wychodziłem na zewnątrz. Było zimno (dobrze, że miałem polar) pusto i ciemno. Szybko wróciłem do "swoich" - po 20 minutach byłem już w śpiworze. Wchodząc do samochodu zobaczyłem jeszcze Zdzisława nad folderami okolic, ustalającego plan na jutro. Wszyscy mieliśmy cichą nadzieję, że nazajutrz naprawa naszego samochodu dobiegnie końca…
 
20 czerwca 2001, środa - Samochód nadal stoi…
… Ale tak się nie stało. Po śniadaniu poszliśmy do warsztatu i usłyszeliśmy, że część jeszcze nie dojechała i że spodziewają się jej za jakieś dwie godziny. Powiedziano nam, że mamy się zgłosić po 12.00. W tej sytuacji każdy z nas miał czas wolny. Edyta poszła do punktu z Internetem. Denham – na poczcie kupiłem mnóstwo widokówek, które wysłałem do PolskiZdzisław powiedział, że idzie zwiedzać miasteczko i wykonać kilka zdjęć. Ja w tej sytuacji miałem idealną okazję, by kupić widokówki, opisać je i wysłać bliższym i dalszym znajomym. Ciągle byliśmy w biegu, dlatego był to świetny moment, żeby przesłać pozdrowienia z dalekiej Australii do Polski. Poszedłem więc na pocztę i kupiłem kilkanaście widokówek oraz duży karton do folderów, w które zaopatrywaliśmy się w każdej miejscowości. Foldery te zbierałem specjalnie dla klubu. Było to jedno z zadań wyprawy - zdobyć najświeższe dane i informacje o napotykanych miejscowościach i krainach geograficznych. Z kartonem tym było sporo kłopotów w momencie przygotowywania noclegu. Na każdym postoju razem z moją potężną torbą, której zawartość nie mieściła się w schowkach samochodu, musiałem go zawsze przenosić na przednie siedzenia. Była to pierwsza czynność zaraz po zatrzymaniu samochodu, a przed rozbijaniem obozu.

Znalazłem spokojne miejsce, aby moje widokówki wypełnić tekstem. (Niedaleko od poczty była miła i cicha kawiarenka, więc tam się udałem). Zamówiłem kawę i zająłem miejsce przy stoliku. Wyjąłem swój notes z adresami i oddałem się w pełni pracy twórczej. Czas mijał bardzo szybko i nawet nie obejrzałem się kiedy na moim zegarku spostrzegłem godzinę 12.15. O kurczę przecież na 12.00 mieliśmy być w warsztacie - pomyślałem sobie - i właśnie w tej chwili za szybą zauważyłem Edytę i Zdzisława. Przykleiłem ostatni znaczek na pocztówkę i wybiegłem na ulicę, wcześniej sprawdziwszy miejsce, gdzie siedziałem, czy niczego nie zostawiłem. Nie mogłem pozwolić sobie na zgubienie aparatów fotograficznych czy też kamery. Dlatego miejsca, w których przebywałem, zawsze sprawdzałem bardzo uważnie. "Wszędzie ciebie szukamy, właśnie wracamy z warsztatu, nasz samochód już naprawiony i możemy jechać dalej" - powiedział Zdzisław. "Słuchajcie, tutaj jest kawiarenka. Wypijemy po kawie przed dalszą podróżą" - zaproponowałem. Moi towarzysze dali się łatwo namówić. Pół godziny później byliśmy już przy samochodzie. 'Grid' – specjalne zabezpieczenie które 'pilnuje' owce na olbrzymich pastwiskachZdzisław z Edytą załatwili wszystkie papierowe formalności. Zapakowaliśmy nasze podręczne rzeczy i w drogę. Tak pożegnaliśmy się z gościnnym Denham. Nasza Toyota po 2,5 dniach wypoczynku, niczym koń na wyścigach, ostro gnała do przodu. Po przejechaniu 160 km po raz trzeci pojawiliśmy się w Overlander Roadhouse. Zatankowaliśmy bak (jak zwykle) do pełna i pognaliśmy "jedynką" na północ, do Carnarvon, w którym to Zdzisław zaplanował zakupy, aby uzupełnić braki w lodówce. Po przejechaniu około 100 km natknęliśmy się na wyschnięte koryto rzeki Wooramel. Zrobiliśmy krótki postój, aby wykonać kilka zdjęć. Dopisało mi szczęście. Miałem w ręku kamerę, gdy setki białych papug poderwały się nagle z drzew odległych od nas jakieś 200 metrów. To był niesamowity widok. Wyszło piękne ujęcie. Zdzisław chciał również "ująć" te ptaki w locie, ale jak na złość opanowało je nagle totalne lenistwo. Czekaliśmy jeszcze specjalnie kwadrans, ale ptaszyska nie poderwały się już. Tym bardziej cenne było dla mnie te kilka sekund, które udało mi się utrwalić na taśmie.

Przed Carnarvon zatrzymaliśmy się jeszcze raz, aby utrwalić na kliszy stadko strusi. Gdy wysiedliśmy z samochodu ptaszyska stały w miejscu i sądziliśmy, że staną się łatwym celem naszych obiektywów. Jednak po kilku sekundach poczuły naszą obecność i wielkimi susami zaczęły znikać w buszu. Musieliśmy ratować się teleobiektywami, gdyż sylwetki ich malały w oczach. Powoli zbliżaliśmy się do Carnarvon. Wjeżdżając do miasta zauważyliśmy na wzgórzu potężną antenę. Carnarvon - antena satelitarnaOdgrywała ona podobno ważną rolę w programach i lotach misji "Apollo" na księżyc. Nigdy na własne oczy nie widziałem takiej dużej konstrukcji, toteż chętnie obejrzałem ją z bliska. Później udaliśmy się na zakupy do sklepu. Jak zwykle Edyta i Zdzisław czynności te wykonali w 20 minut i mogliśmy jechać dalej. Słońce było coraz niżej, a chcieliśmy zrobić dzisiaj jeszcze trochę kilometrów.

W terenie, w którym obecnie przebywaliśmy, widoczność na drodze była dobra, lecz gdy zbliżała się godzina 19.00 słońce zachodziło bardzo szybko. Już kwadrans później jazda stawała się uciążliwa. Musieliśmy zarządzić "pogotowie kangurowe". Zdzisław nalegał, aby trochę się przemęczyć, chciał się maksymalnie zbliżyć do Port Hedland, do którego mieliśmy niecałe 900 km. Przejechaliśmy zjazd na parking - krzyknęła nagle Edyta. Głównym powodem tego zdarzenia były nasze (całej trójki) przemęczone oczy, które w ciemnościach oświetlanych tylko reflektorami wozu, wypatrywały kangury. Jak zwykle kilka z nich przebiegło nam drogę, ale do zderzenia nie doszło. Brawo Edi - powiedział Zdzisław i zatrzymał samochód. Gdyby nie Edyta jechalibyśmy zapewne 50-60 km, aż do następnego parkingu - pomyślałem sobie. Zawróciliśmy więc szybko i już po chwili dołączyliśmy do kilku obozujących aut. Po wyłączeniu silnika czekały nas stałe czynności: zawór od gazu, przymocowanie stołu, kolacja, mycie naczyń, kawa i piwko przed spaniem.
 
21 czerwca 2001, czwartek - Kto rano wstaje…
Obudziłem się po godz. 7.00. Do oficjalnej pobudki miałem jeszcze pół godziny. Roman - jesteś w twojej ukochanej Australii, wstawaj z tego śpiwora i nie marnuj czasu na leniuchowanie. Okolice Minilya River - nasz biwakKorzystaj z okazji i zobacz jak przyroda budzi się do życia - powiedziałem sobie w duchu. Po cichutku ubrałem się, wziąłem swój sprzęt fotograficzny i wyszedłem na zewnątrz. Brrr… jak zimno - wzdrygnąłem się i wróciłem szybko po polar.

Teraz dopiero mogłem przyjrzeć się miejscu, w którym obozowaliśmy. Poprzedniego wieczoru niewiele było widać. Jak już pisałem dotarliśmy tutaj gdy było już zupełnie ciemno i dlatego nie mogłem rozejrzeć się po okolicy. Nasza widoczność ograniczona była jedynie do długości snopu światła z naszych latarek. Teraz jednak było inaczej. Na horyzoncie wstawało duże czerwone słońce, które jeszcze nieśmiało swoimi promieniami muskało pobliskie zarośla, wyniosłe eukaliptusy, duże kępy traw oraz osuszało skrzydła ptakom z porannej rosy. Skrzydlata brać z wielkim piskiem, krzykiem i wrzaskiem fruwała z drzewa na drzewo, okazując w ten sposób swoją radość i podziękowanie czerwonej kuli na horyzoncie. Obraz, który roztaczał się przede mną był niesamowity. Nie wiem czy byłby w stanie namalować go nawet najznakomitszy malarz na świecie. Warto było przejechać tysiące kilometrów, aby przeżyć takie emocje. Poza tym duże wrażenie zrobiła na mnie oświetlona przez słońce czerwona ziemia i przerażająca biel dwóch potężnych eukaliptusów (które rosły jakieś 100 metrów ode mnie), zwanych "duchami" (z powodu koloru swojej kory). To wszystko, co widziałem przed sobą przepięknie kontrastowało z idealnym błękitem nieba, na którym nie było ani jednego obłoczka. Widokiem tym mógłbym się rozkoszować godzinami a nie miałem na to czasu. Poszedłem więc dalej przed siebie. Przeszedłem jakieś 250 metrów i dotarłem do mostu, pod którym (jak zwykle o tej porze w Australii) "nie płynęła" rzeka Minilya. Zwrotnik KoziorożcaPo rzece zostało jedynie niewielkie oczko wodne o średnicy kilkunastu metrów. Woda ta przetrwała tutaj tylko dzięki temu, że miejsce to otoczone było drzewami i mostem. Nie docierały tutaj promienie słoneczne. "Następny most bez rzeki" - pomyślałem sobie uśmiechając się pod nosem. Po co Australijczykom mosty nad rzekami, których nie ma? - to oczywiście żart. W porze deszczowej płyną pod nimi masy wody, które nierzadko opuszczają swoje koryta i wylewają się na całą okolicę. O tym, że jakieś tereny są zagrożone (oczywiście przy dużych opadach) informują w Australii znaki drogowe z napisem Floodway. Spotkaliśmy w drodze sporo takich znaków. Do tego tematu wrócę w dalszej części mojego dziennika.

Stojąc na moście, w odległości około 300 metrów na północ zauważyłem stację benzynową. Jak się później okazało był to Roadhouse "Minilya". Czas biegł nieubłaganie szybko, musiałem wracać do samochodu. W drodze powrotnej towarzyszyły mi czarne kruki, które wydawały charakterystyczne dźwięki: aa! aa! aa! Poranne czynności nie zabrały nam dużo czasu i już po pół godzinie, podążaliśmy dalej w kierunku Port Hedland. Miejscem, po przejechaniu około 50 km, przy którym koniecznie musieliśmy się zatrzymać, była tablica z napisem Tropic of Capricorn, czyli zwrotnik Koziorożca. Dziwne formacje skalne które okazały się domem termitówJechaliśmy dalej. W pewnym momencie zauważyłem ciekawe formacje skalne. Natychmiast zwróciłem na to uwagę Zdzisława. On nic nie powiedział, tylko zjechał na pobocze. Zatrzymał samochód i wysiadając zabrał swój sprzęt. Z daleka trudno było stwierdzić co to za głazy, jednak zagadka wyjaśniła się bardzo szybko. Tajemniczymi skałami okazały się domki termitów, czyli termitiery. Głównym ich budulcem jest zawsze okoliczna ziemia. Tutaj była koloru jaskrawoczerwonego, dlatego domki tych ciekawych "zwierzątek" też były tego koloru. Właśnie dlatego ich budowle wziąłem za przedziwne formacje skalne powstałe wskutek erozji i wietrzenia. W dalszej naszej wędrówce teza ta (dotycząca koloru termitiery) potwierdziła się. Gdy byliśmy w Litchfield Park (koło Darwin) ziemia nie była czerwona, lecz miała kolor: beżowy, jasnobrązowy i dokładnie takiego koloru były też termitiery - piaskowe budowle. W Litchfield Park natknęliśmy się na największe domy termitów. Ich wysokość dochodziła, aż do 6-7 metrów. Jednak wróćmy do naszej podróży. Zdzisław już pewnie z daleka rozpoznał te tajemnicze budowle, ale nie chciał nam psuć zabawy i trzymał to w tajemnicy do końca - pomyślałem sobie chowając kamerę do futerału. Ruszyliśmy dalej. Następnym miejscem naszego postoju był Roadhouse Nanutarra. Klasyczne miejsce na pustkowiu australijskim, gdzie centralnym punktem jest stacja benzynowa. Do tego tylko dwa, a może trzy zabudowania i to wszystko. W każdej napotkanej miejscowości starałem się kupić kilka widokówek. Nanutarra Roadhouse - okolice Ashburton RiverTak też zrobiłem i tym razem. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia, które przedstawiały powódź w tej okolicy. Na jednej z pocztówek widać okolicznych farmerów, którzy aby zatankować benzynę do kanistrów podpływają do dystrybutora na łódce. Mocne zdjęcia. Wydawałoby się, że na tak płaskim terenie, który dominuje w Australii, powódź nie powinna być groźna, a jednak. Uzupełniliśmy braki benzyny w naszym samochodzie i ruszyliśmy dalej na północ. Po przejechaniu około 250 km dotarliśmy do miejscowości Karratha, a po następnych 40 do Roebourne. W tym dniu jechaliśmy do zmierzchu. Po godzinie 19.00 Zdzisław zarządził postój. Do Port Hedland dzieliło nas niecałe 60 km. Byliśmy już bardzo blisko celu, który dzisiaj rano sobie założyliśmy. Dzisiejszy dzień był jednym z najbardziej pracowitych pod kątem przejechanych kilometrów. Przejechaliśmy ich dzisiaj około 700, toteż zmęczeni położyliśmy się do śpiworów.
 
22 czerwca 2001, piątek
Tego dnia bardzo szybko znaleźliśmy się w Port Hedland. Pierwsze kroki skierowaliśmy do portu, który jest największym w Australii Zachodniej. Wrócę jeszcze na chwilkę do momentu, gdy dojeżdżaliśmy do miasta. Już jakieś 20-30 km wcześniej widzieliśmy na horyzoncie duże ilości ciemnych pyłów czy też dymów. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to pożar buszu, ale wraz ze zbliżaniem się do celu wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że to smog nad miastem. Jak się później dowiedzieliśmy, powstał on głównie z olbrzymich ilości rud żelaza przeładowywanych i składowanych w porcie.

Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że po wykupieniu biletu za 10 dolarów można zwiedzić port przeładunkowy. Oczywiście skorzystaliśmy z tej okazji. Miła pani przewodnik, która była zarazem kierowcą autobusu, zabrała nas i pozostałych chętnych w krótką podróż po rozległym terenie portu. Wkroczyliśmy w świat potężnych taśmociągów, olbrzymich maszyn do rozładowywania wagonów i gigantycznych hałd z rudą żelaza. Transportowano ją tutaj w pociągach (z górniczego rejonu Pilbarra), których długość dochodziła nawet do 1 kilometra. Opuszczając Port Hedland mieliśmy szczęście ujrzeć taki pociąg. Zagrodził on nam drogę i niczym wąż o niewyobrażalnej długości przez kilka minut przesuwał się przed naszą Toyotą.

'Port Hedland' – hałdy rud żelaza w porcie przeładunkowymPo zwiedzeniu portu wróciliśmy na parking do naszego samochodu. Mieliśmy już odjeżdżać, lecz poprosiłem Zdzisława o kilka minut zwłoki. "O co chodzi?" - zapytał. "Kończy mi się gotówka, a tutaj widzę bank" - odpowiedziałem. Dobrze, ale pospiesz się - odpowiedział szef naszej wyprawy. Edi, chodź pomożesz - zwróciłem się w tym momencie do Edyty. Mój angielski to kilkanaście wyrazów i chociaż dotychczas radziłem sobie wspaniale, to teraz - w banku - może okazać się to za mało. Nie ma sprawy - odpowiedziała Edyta i już za chwilę byliśmy przy "ladzie" naprzeciwko miłej - o rubensowskich kształtach pani, która zapytała " czym mogę służyć?". Chcemy wypłacić 1000 dolarów - odparła Edyta… Poproszono nas o dokumenty, a z kart płatniczych jakie posiadałem pani wybrała kartę VISA. Może pan wypłacić jedynie 900 dolarów, oto blankiet, proszę tutaj podpisać - usłyszałem z drugiej strony. Złożyłem swój autograf na dokumencie i czekałem na gotówkę, która (jak sądziłem) już za chwilkę znajdzie się w moim portfelu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że moja radość jest przedwczesna. "Nasza Pani" zaczęła wypełniać polecenie wypłaty. Po chwili skończyła, wzięła słuchawkę telefonu do ręki i zaczęła wykręcać jakiś numer. Czekaliśmy cierpliwie 15 minut i usłyszeliśmy, że nie może dodzwonić się do Warszawy, żeby potwierdzić stan mojego konta. W związku z tym nie wypłaci mi ani centa. Poirytowało mnie to z lekka, więc poprosiłem Edytę, aby powiedziała naszej rozmówczyni, że nie może się dodzwonić bo … o tej godzinie to w Warszawie wszyscy śpią. Tutaj była 12.00 w południe, czyli w Polsce 6.00 rano. Przyjdźcie w takim razie za godzinę, dwie i wtedy was obsłużę -usłyszeliśmy. Nie, to jest niemożliwe, spieszy nam się - orzekła Edyta. W takim razie jest wyjście; możecie na tę kartę wypłacić z bankomatu, ale jest limit dobowy 100 dolarów - powiedziała miłym głosem. Nie mieliśmy wyboru Po chwili z banknotem 100 dolarowym w kieszeni biegliśmy do Zdzisława. Ach, te … różnice czasowe -pomyślałem sobie. Miałem jednak nauczkę na przyszłość. Następne wypłaty robiłem już w "dobrych" godzinach. Wszystkim wybierającym się do Australii radzę zwrócić uwagę na godziny w jakich banki są tutaj czynne (tylko do 16.00). Przekonałem się o tym na własnej skórze w Alice Springs, gdzie o 16.15 "pocałowałem" klamkę szacownego banku. W większych miastach natomiast (tak było w Sydney) przybytki te czynne są do 17.00

'De Grey River' - postójWyjeżdżając z Port Hedland szczególną uwagę zwróciliśmy na olbrzymie białe hałdy. Biała ruda żelaza? - pomyślałem sobie. Jak się później okazało była to sól, którą uzyskiwano tutaj z oceanu w procesie odparowywania wody, w specjalnie przygotowanych to tego celu basenach Po wykonaniu paru zdjęć pojechaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się dopiero na moście, przy rzece De Grey. Jak na tę porę roku, w jej korycie było jeszcze sporo wody. Nurt poprzecinany był potężnymi łachami piasku, co sprawiało wrażenie, że woda płynie tutaj nie wzdłuż, a w poprzek koryta Stojąc na moście, zauważyłem na jednej z tych łach stado bydła, które zbliżało się do wody, aby ugasić swoje pragnienie. Patrząc na ten obrazek z zadumą pomyślałem o polskich rolnikach, którzy na małej przestrzeni pasą swoje stada. Tutaj natomiast na powierzchni setek kilometrów kwadratowych przemieszcza się bydło, przez nikogo nie pilnowane, a rolę poganiaczy nierzadko spełnia helikopter, który zagania rozproszone sztuki do zagród. Praca w buszu na farmie nie należy do łatwych. Kurz, spiekota, zmęczenie to towarzysze dnia codziennego. Jak nam opowiadano po drodze - kto raz zasmakuje tego chleba to już nigdy nie jest w stanie opuścić tego miejsca. To, co trzyma tych ludzi z daleka od miast, to olbrzymie przestrzenie, wolność i możliwość kontaktu na co dzień ze wspaniałą australijską przyrodą. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, spojrzałem na mapę. Ciekaw byłem ile kilometrów od rzeki De Grey jest do następnego "punktu cywilizacji". Okazało się, że przez dobre 200 km nie napotkamy żadnej miejscowości. Dopiero po przejechaniu tego dystansu znajdziemy się w Roadhouse Sandfire. Jedziemy więc naszą Toyotą dalej na północ. Jesteśmy tylko my i busz, który niczym bezkresne morze roztacza się przed nami, aż po sam horyzont. Uświadomiłem sobie jaką jesteśmy małą łupiną w konfrontacji z tą olbrzymią przestrzenią. Po dwóch godzinach jazdy docieramy do celu.

Zabłąkane sztuki bydła w korycie rzeki 'De Grey'Roadhouse Sandfire to klasyczna "przystań" na tym pustkowiu: stacja benzynowa, bar, klika zabudowań i to wszystko. Napełniliśmy nasz bak do pełna, uregulowaliśmy rachunek i zaparkowaliśmy nasz samochód pod drzewami w pobliżu budek telefonicznych. Zdzisław zarządził krótki odpoczynek połączony z lekkim posiłkiem. Szybko rozstawiliśmy nasz "zewnętrzny" stolik i zaczęliśmy przygotowywać podwieczorek. Każdy z nas zjadł kanapkę z pomidorem, na deser natomiast było ciastko i kawa. Szef wyprawy zawsze pilnował, aby w naszym codziennym menu nie zabrakło czegoś słodkiego. Dlatego w trakcie każdego uzupełniania zapasów zawsze pamiętał o jakiś łakociach. Dopijaliśmy kawę i dopiero teraz zauważyliśmy, że przed sklepem, przy drewnianych ławach posilała się rodzina Aborygenów. Fajnie byłoby zrobić im kilka zdjęć - rzucił nagle Zdzisław i … po chwili dodał: tak ale jak to zrobić, aby ich nie urazić? - zastanawiał się. W tym miejscu muszę dodać, że wykonać zdjęcia Aborygenom to nie taka łatwa sprawa. Chcąc im się bliżej przyjrzeć, np. jak żyją w swoich osadach czy wioskach, trzeba mieć specjalne pozwolenia, które można uzyskać już na miejscu w Australii. Na taką decyzję czeka się nieraz bardzo długo. My nie mieliśmy na to czasu i fakt, że nie odwiedzaliśmy tych miejsc i nie poznaliśmy bliżej rdzennych mieszkańców tej ziemi pozostawił we mnie największy niedosyt jaki odczuwam do dzisiaj po pierwszej wizycie w Australii. Ale już teraz obiecuję sobie, że w następnej wyprawie na ten kontynent odbiję sobie to z nawiązką.

Sandfire Roadhouse – dzięki toruńskim piernikom zaprzyjaźniliśmy się z rodziną AborygenówW związku z opisaną przeze mnie sytuacją mogliśmy liczyć tylko na przypadkowe kontakty z Aborygenami. (im dalej na północ były one częstsze). Zaznaczam, - niestety - że grupy napotykane przez nas na stacjach benzynowych nierzadko były w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Kontakt z tymi ludźmi był utrudniony, trzeba było być czujnym i ostrożnym. Powiedzieć jednak trzeba, że to biały człowiek - Europejczyk (jak to brzmi dumnie) dostarczył rdzennym mieszkańcom tej ziemi mocne trunki. Aborygeni do dnia dzisiejszego nie zaakceptowali cywilizacji białego człowieka i wartości jakie on wyznaje. Ci ludzie nie mogą już żyć tak jak kiedyś żyli ich przodkowie, nie chcą też żyć tak jak "podpowiada" im obecna cywilizacja białego człowieka. Na tym polega DRAMAT ABORYGENÓW. Wróćmy jednak do naszej podróży.

Zdjęcie 'rodzinne'Posłuchajcie, mamy jeszcze pierniki przywiezione z Polski, poczęstujmy ich dzieci i może w ten sposób pękną pierwsze lody… - powiedziała Edyta do Zdzisława. Wyszperaliśmy szybko ze skrytki ostatnie zapasy pierników i skierowaliśmy się w kierunku gromadki bawiących się dzieci. Cała grupa Aborygenów na pierwszy rzut oka sprawiała bardzo pozytywne wrażenie, byli mili i uśmiechnięci. Edyta wyciągnęła rękę z ciastkami do najbliższej dziewczynki i powiedziała: - "Proszę poczęstujcie się". Obdarowana nie wzięła jednak prezentu od razu. Dosyć nieśmiało spojrzała na ofiarodawczynię. Odwróciła wzrok do tyłu, gdzie siedzieli dorośli. Jeden z Aborygenów wstał od stołu i podszedł bliżej. Wyjaśniliśmy o co chodzi. Poprosiliśmy, aby dzieci poczęstowały się naszymi słodkościami i zapytaliśmy czy możemy wykonać parę zdjęć do naszego pamiątkowego albumu. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy skinął głową i powiedział - okay. Byliśmy wniebowzięci. Uświadomiliśmy sobie, że możemy teraz spokojnie bez pośpiechu i stresu wykonać kilka fotografii ludziom, którzy tak naprawdę są właścicielami tej ziemi. Bez tych zdjęć nasz album byłby bardzo ubogi i niekompletny. Zdzisławowi udało się wykonać kilka zdjęć portretowych z czego był bardzo zadowolony. W miłej atmosferze rozstaliśmy się z rodziną Aborygenów, która po pożegnaniu z nami wróciła do swojego posiłku. My natomiast zajęliśmy miejsce w samochodzie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Było już bardzo późno, dlatego po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów "rozbiliśmy" nasz obóz.
 
23 czerwca 2001, sobota
Jak zwykle poprzedniego wieczoru Zdzisław przed zaśnięciem ustalił trasę na kolejny dzień. Naszym następnym celem miało być miasto Derby, położone w północno-zachodniej części wyżyny Kimberly. W niedzielę właśnie stamtąd planowaliśmy wyruszyć w głąb tych ciekawych terenów. Mieliśmy zamiar dotrzeć między innymi do Windjane Gorge N.P i Tunnel Creek, ale o tym w dalszej części mojej relacji. Zanim jednak dotarliśmy do Derby… koniecznie musieliśmy odwiedzić słynące z pereł miasto Broome. Tak więc plany na ten dzień - jak powiedział przy śniadaniu Zdzisław - były bardzo ambitne. Jak zwykle poranki były chłodne, więc ubrałem polar. Dokonałem codziennego przeglądu (woda, olej, opony) samochodu i poprosiłem Edi (Edytę), aby zrobiła mi zdjęcie na tle czerwonej drogi. Zaraz potem wyruszyliśmy. Jadąc teraz na północ, po naszej prawej stronie mijaliśmy zachodni skraj Wielkiej Pustyni Piaszczystej. Wiedziałem o tym, bo miałem w tej chwili mapę przed sobą. I faktycznie - chociaż "ślizgaliśmy się" tylko na jej obrzeżu to krajobraz, który teraz obserwowaliśmy stawał się coraz bardziej surowy. Sprawiał wrażenie, jakby starał się mówić do nas… abyśmy nie skręcali na wschód, bo może się to dla nas źle skończyć Z powodu braku odpowiedniego sprzętu (samochodu i ekwipunku) nie zamierzaliśmy wjeżdżać na pustynię. Może kiedyś … następnym razem?

Nasza droga nie zawsze była 'asfaltowa'Samochód terenowy, który od dłuższego czasu "siedział nam na ogonie", nagle zaczął mrugać światłem swoich reflektorów. Pierwsza zauważyła to Edyta i poprosiła Zdzisława, aby się zatrzymał. Poczekajmy na nich, dowiemy się o co chodzi - powiedziała Edyta. Zdzisław zjechał na pobocze i wyłączył silnik. Niebieska terenowa Toyota minęła nas i zatrzymała się przed nami. Po chwili otworzyły się drzwi od strony pasażera i na drodze zjawił się potężnej postury, z niemałym brzuszkiem mężczyzna. Zdzisław wysiadł z samochodu i zapytał się w czym rzecz. Po 2-3 minutach wrócił do nas i powiedział - Mają końcówkę benzyny i boją się, że nie dojadą do najbliższej stacji, która jest oddalona o jakieś 70 km. Proszą abyśmy jechali za nimi. Gdyby im się skończyło paliwo, mamy zabrać ze sobą jednego z nich, który z benzyną wróci do ich samochodu.

Tak jak poprosili, tak zrobiliśmy. Już po jakiś 20 kilometrach ich terenówka "zdechła", ja przesiadłem się do tyłu, a moi towarzysze w lekkim ścisku dzielili fotele z naszym gościem. Nasz "autostopowicz" powiedział, że podróżują z Perth. Ich celem jest Darwin, lecz po drodze spenetrować chcą także wyżynę Kimberley. Po 30 minutach dojechaliśmy do stacji benzynowej i pożegnaliśmy się wymieniając wzajemnie wizytówki. Po następnych 2 godzinach jazdy wjeżdżaliśmy już na przedmieścia Broome. Zdzisław skierował nasz samochód na parking usytuowany nad oceanem i zarządził krótki odpoczynek. Skorzystaliśmy z okazji i przygotowaliśmy skromny posiłek. Jeżeli ktoś czegoś bardzo pragnie i uparcie dąży do celu to jest szansa, że to osiągnie. Już od szkoły podstawowej zawsze marzyłem o Australii. Chociaż kiedyś wydawało się to nierealne, to dzisiaj moje marzenia się spełniają - pomyślałem sobie. Oto siedzę sobie w rozkładanym foteliku, w towarzystwie przyjaciół, na dalekiej północy Australii. Popijając gorącą herbatę napawam swoje zmysły wzrokowe iście bajkowym obrazem. Przede mną roztacza się piękne turkusowe morze (tak charakterystyczne dla tych okolic), które wspaniale kontrastuje z jasno czerwonym piaskiem na plaży. Na jej skraju, zauważyłem drzewa butelkowe (odmiana baobabu) z brązową, połyskującą w słońcu korą.

Pamiątkowe zdjęcie z Australijczykiem, który źle obliczył ilość benzyny w baku swojej 'terenówki' i ... skorzystał z naszej pomocyAby dowiedzieć się więcej o tej okolicy wziąłem przewodnik i zacząłem czytać. Dowiedziałem się, że Broome swoją sławę zawdzięcza bogatym obszarom perłonośnym, które odkryto tutaj w latach 60-tych XIX wieku. Do 1900 r. bogate dno zatoki Roebuck uczyniło Broome światową stolicą połowu pereł. W swoim szczytowym okresie port ten dysponował flotyllą 400 statków do połowu tego "okrągłego, białego złota". Gorączka połowu pereł zwabiła do Broome ludzi wielu narodów. Byli to Japończycy, Malajczycy, Filipińczycy, Chińczycy, Indonezyjczycy, Aborygeni, Hindusi oraz poszukiwacze przygód i pracy z Europy. Połów pereł był zajęciem dochodowym, ale i niebezpiecznym, o czym może świadczyć zatłoczony japoński cmentarz na skraju miasta. Poławiacze ginęli najczęściej z powodu choroby dekompresyjnej lub pożarci przez rekiny. Wielki kryzys lat 30-tych i II wojna światowa przyczyniły się do upadku przemysłu połowu pereł i osłabienia znaczenia tego miasta. Broome ponownie "odkryto" w latach 80-tych. Anglik lord Mc Alpine zainwestował tutaj miliony dolarów i wybudował luksusowe kąpielisko Cable Beach Resort. Z przewodnika dowiedziałem się również, iż w Broome znajduje się najstarsze na świecie kino na wolnym powietrzu "The Sun Pictures". Bywalcy tego przybytku kultury siadają na drewnianych leżakach i patrzą na ekran, który otoczony jest palmami. Koniec tego leniuchowania, musimy rozejrzeć się po okolicy - rzucił Zdzisław.

Drzewo 'butelkowe' na plaży w BroomeSpakowaliśmy wszystko do samochodu i ruszyliśmy na zwiady. Podzieliliśmy się jak zwykle na dwie grupy: w jednej Edyta i Zdzisław, w drugiej ja. Zanim to jednak nastąpiło jeszcze razem zwiedziliśmy Muzeum Historii Broome oraz obejrzeliśmy zrekonstruowany jacht "SAM MALE" (do połowu pereł). Następnie (już sam) udałem się do sklepu z biżuterią, aczkolwiek z powodów oszczędnościowych (nie były to tanie rzeczy) nie tyle na zakupy, co z zamiarem sfilmowania tych perłowych cacek. Oczywiście przed filmowaniem zapytałem o zgodę obsługę sklepu. Pozwolenie otrzymałem, aczkolwiek przed wejściem miałem pewne obawy czy w takim miejscu będę mógł uruchomić kamerę. Widocznie taki tutaj zwyczaj, że klient może i kupić i sfilmować te cuda natury. Pomyślałem w tym momencie, że w Europie w tego rodzaju sklepach (względy bezpieczeństwa) na pewno nie pozwolono by mi na filmowanie. Następny plus dla Australii - pomyślałem sobie i kolejny dowód na to, iż będziemy w tym kraju niejednokrotnie mile zaskakiwani. Po półgodzinnym kręceniu wyszedłem ze sklepu.

BroomSpacerowałem teraz jedną z głównych ulic Broome. Do zbiórki przy samochodzie miałem około 1,5 godziny, dlatego nie musiałem się spieszyć. Mogłem rozkoszować się tą chwilą powoli, spokojnie. Jednak podczas naszej wyprawy nie było takich chwil zbyt wiele. Jak już pisałem wcześniej, powodem takiej sytuacji było szybkie tempo naszego podróżowania, wynikające z długości naszej trasy… choć teraz czas się dla mnie zatrzymał. Niczym gąbka wchłaniałem atmosferę tego miejsca. Było niebieskie, bezchmurne niebo, lekka bryza od morza łagodziła upał, który pomimo zimy dawał się tutaj we znaki (temperatura dochodziła do 25-26°C). Szedłem bez celu ulicą, wzdłuż której rosły wysokie palmy, a ich liście niczym wachlarze rozgarniały ciepłe powietrze. Co chwila mijałem niskie, drewniane zabudowania, w których mieściły się sklepy, restauracje i puby. Architektura wielu z tych budynków przypominała styl chiński czy też japoński, co jest dowodem na wielokulturowość tutejszych mieszkańców.

Sklep z perłami w BroomUlica, którą spacerowałem nagle skończyła się. Do moich uszu zaczął dochodzić głośny zgiełk, podobny do tego jaki rozlega się na stadionach sportowych. Za chwilę miało się wszystko wyjaśnić. Mijałem właśnie stację benzynową Shella, zaraz za którą ukazał się duży otwarty teren. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak olbrzymi trawnik, po którym (teraz zobaczyłem) biegały dwie drużyny piłkarskie. Zawodnicy, w większości Aborygeni, kopali przed sobą piłkę podobną do tej, którą używa się do gry w rugby. Później dopiero dowiedziałem się, że byłem świadkiem meczu zwanego "Rules Football". Jest to gra, która nosi po trosze znamiona irlandzkiego footbolu i rugby. Posiada też własne reguły i swoisty żargon. Wiktoria, Australia Południowa i Australia Zachodnia przyjęły chętnie Aussie Rules, natomiast Nowa Południowa Walia i Queensland wierne są grze w rugby. Wielki finał AFL (Australijska Liga Footbolu) odbywający się w sierpniu w Melbourne, co roku gromadzi przeszło 100 tysięcy widzów i należy do najważniejszych wydarzeń w kraju.

Na chwilę zostałem trenerem drużyny 'EMUS'Wróćmy jednak na boisko, na którym odbywał się mecz. Jeżeli jest doping i kibice to muszą być trybuny - pomyślałem sobie, więc szukałem ich wzrokiem, ale jednak na próżno. Po chwili wyjaśniło się skąd dochodzą głośne krzyki. Znalazłem kibiców (w większości Aborygeni) siedzących całymi rodzinami w cieniu drzew lub pod specjalnymi namiotami, znajdowali się oni bardzo blisko linii bocznej boiska i głośno zagrzewali do walki swoje drużyny. Podszedłem jeszcze bliżej i dyskretnie utrwaliłem to wszystko na taśmie filmowej. Wykonałem parę zdjęć i właśnie w tym momencie rozległa się syrena kończąca pierwszą połowę meczu. Dopiero teraz spokojnie mogłem przyjrzeć się obu drużynom. Wszyscy zawodnicy ubrani byli w czarne koszulki i czarne spodenki. Cechą odróżniającą jedną drużynę od drugiej była szarfa czy też pas przyszyty do koszulki (po przekątnej) od ramienia do biodra. "Czerwoni" zeszli na przerwę z boiska, aby odpocząć w cieniu drzew, a "Żółci" zostali dalej na murawie. W tym momencie wyczułem pewną szansę… Ekipa "Żółtych" odpoczywała zgromadzona w jednym miejscu na środku boiska. To dobry moment, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie z całą drużyną - pomyślałem sobie. Udałem się w kierunku piłkarzy. Podszedłem do pierwszego z nich, przedstawiłem się i powiedziałem z jaką prośbą przychodzę. Liczyłem się z niechęcią drugiej strony, a nawet odmową, ale jednak nic takiego mnie nie spotkało. Mój rozmówca, pomimo zmęczenia jakie malowało się na jego twarzy, uśmiechnął się nagle i powiedział - okay Holland, macie bardzo dobre sery, nie ma problemu, zaraz zarządzę zbiórkę. Zatkało mnie, ale domyśliłem się o co chodzi. W momencie kiedy się przedstawiłem powiedziałem, że jestem z Polski (I’m from Poland), co po drugiej stronie zostało odebrane, że jestem z Holandii (I’m from Holland). Oczywistym faktem jest to, że Holandia słynie między innymi z bardzo dobrych serów i tą wiedzą chciał pochwalić się mój rozmówca. W momencie, gdy domyśliłem się w czym rzecz, ponownie powiedziałem skąd pochodzę, mocno akcentując na pierwszą literę - I’m from Poland. Naszej wymianie zdań przysłuchiwał się inny zawodnik, który przerwał mi nagle i powiedział - Poland, John Paul II, "Kozjasko". Teraz już byłem pewien, że moi rozmówcy wiedzą skąd pochodzę. Pomogli mi w tym dwaj wielcy Polacy: Papież Jan Paweł II i Tadeusz Kościuszko, imieniem którego nazwano najwyższy szczyt w Australii.

'Cable' Beach (plaża kablowa)Drużyna w kilkanaście sekund ustawiła się w charakterystycznej pozie do zdjęcia. Wszyscy zawodnicy byli Aborygenami, jednak jeden pośrodku grupy wyróżniał się białym kolorem skóry i był starszy od pozostałych. Zrobiłem dwa zdjęcia i poprosiłem białego przedstawiciela drużyny, aby teraz zamienił się ze mną miejscami. Zgodził się chętnie. Moją uwagę, jednak zwrócił szmer wśród pozostałych oraz ich uśmiech. Dopiero później dowiedziałem się, że popełniłem mały nietakt, gdyż o pomoc poprosiłem akurat samego trenera "Żółtych". Tym sposobem zupełnie przez przypadek na 5 sekund zostałem "nowym" trenerem drużyny Aussie Rules z Broome. Do mojego albumu trafiło następne unikalne zdjęcie. Spojrzałem na zegarek. Czas biegł nieubłaganie do przodu. Do zbiórki pozostało mi jeszcze dobre 15 minut. Idąc na miejsce naszego spotkania wstąpiłem jeszcze na stację benzynową, na której kupiłem butelkę zimnej wody mineralnej. Jak już wspomniałem, było bardzo gorąco, dlatego pijąc tę wodę czułem, jakby do mojego wnętrza spływał najznakomitszy szampan. Ugasiłem pragnienie i z butelką wody w ręku ruszyłem do moich towarzyszy podróży. Jak w większości tego typu przypadków Edyta i Zdzisław czekali już na mnie. "Rzuciłem" cały mój ekwipunek do tyłu samochodu i zająłem swoje miejsce. Zdzisław włączył silnik i ruszyliśmy w kierunku słynnej plaży Cable Beach, czyli Plaży Kabla. Nazwano ją tak, ponieważ właśnie tutaj został wyciągnięty na brzeg w 1889 r. podmorski kabel telegraficzny z Jawy. Po dotarciu na miejsce, zaparkowaliśmy nasz samochód, zabraliśmy sprzęt fotograficzny i udaliśmy się na jedną z najpiękniejszych (jak mówi przewodnik) plaż świata. Już po chwili mogłem cieszyć się niewyobrażalnie wspaniałym widokiem. Stałem na wysokiej skarpie. Plaża, na którą patrzyłem swoją szerokością, długością i całym ogromem niczym nie przypominała tego, co w całym swoim życiu widziałem. Dotychczas miałem do czynienia jedynie z szeroką na kilkanaście metrów plażą nad polskim Bałtykiem. Gantheaume Point – to tutaj bezskutecznie szukaliśmy śladów DinozaurówTutaj przed moimi oczyma rozpościerał się śnieżnobiały "piaszczysty dywan" o długości około 30 km i szerokości kilkaset metrów w trakcie odpływu. To tak jakbym chciał porównać mrówkę do słonia - pomyślałem sobie nagle i wyjąłem aparat fotograficzny, aby utrwalić to cudo. Już po chwili spacerowałem na dole, wśród wylegujących się na kocach turystów. Ci, którzy mieli już dosyć kąpieli słonecznych biegli do wody, aby ochłodzić się, a jeszcze inni, aby popływać na deskach surfingowych. Z plaży, po której teraz spacerowałem, ujrzałem odległe o kilka kilometrów ode mnie piękne, rdzawo czerwone klifowe wybrzeże "Gantheaume Point" Dotarliśmy do niego naszą Toyotą już po 30 minutach. Do tego miejsca zaprowadziła nas piaszczysta, pofałdowana, czerwona droga. Poza pięknym, stromym, czerwonym brzegiem, zwabiły nas tutaj również, liczące ponad 120 milionów lat ślady dinozaurów odciśnięte na skałach. Niestety, pomimo iż sporo czasu poświęciliśmy na ich odnalezienie nie udało nam się w końcu ich zlokalizować. Powód był prosty. Ślady te są widoczne tylko przy niskim stanie wód i najprawdopodobniej gdy myśmy ich szukali były pod wodą. Niepowodzenie to wynagrodziliśmy sobie delektując się niepowtarzalnym klimatem i urokiem tego miejsca, gdzie zewsząd otaczały nas czerwone skały i strome urwiska. Wystarczyło tylko na chwilę zamknąć oczy, aby przenieść się w czasie do świata dinozaurów. Oczyma wyobraźni widziałem te monstrualne gady żerujące po okolicy. Czułem drżenie ziemi spowodowane przemieszczaniem się ich potężnych ciał. W tamtych czasach nie miały naturalnych wrogów. Królowały nad światem zwierząt i dopiero apokalipsa, która nadciągnęła z kosmosu doprowadziła do ich szybkiej zagłady. Po chwili ocknąłem się. Wróciłem ze świata dinozaurów do świata realnego.

Gdzieś z oddali usłyszałem głos Zdzisława. - Wracamy do samochodu, musimy jechać do Broome, aby uzupełnić nasze zapasy żywności. Po chwili byliśmy już w sklepie. Edyta i Zdzisław - jak zwykle - wprawnymi ruchami wrzucali potrzebne nam artykuły do koszyków, a ja pomagałem tylko w dźwiganiu. Już po 25 minutach wszystkie zakupy mieliśmy w schowkach naszej Toyoty. Dla pewności sprawdziliśmy jeszcze stan oleju i wody w chłodnicy. Ruszyliśmy do odległego około 150 km Derby.

W drodze do Derby pojawiły się pierwsze duże baobabyGdzieś 30-40 km za Broome krajobraz, do którego już w trakcie naszej podróży zaczęliśmy się przyzwyczajać, zaczął się zmieniać, a to za przyczyną pewnych drzew (baobabów). Najpierw pojawiały się one sporadycznie i rosły bardzo rzadko, ale po jakimś czasie już na stałe wtopiły się w tutejszy krajobraz. O ile nawet w samym Broome występowały nielicznie ich niektóre odmiany, a szczególnie "drzewa butelkowe", to teraz napotkaliśmy ich mnóstwo. Miały rozmaite kształty, różniły się wielkością i rozłożystością konarów. Okolica, którą teraz jechaliśmy, stawała się coraz bardziej dzika, a baobaby i setki kopców zbudowanych przez termity tworzyły razem tajemniczy i nieziemski klimat. Słońce chyliło się ku zachodowi, dowodem czego był coraz dłuższy cień pozostawiony na drodze przez nasz samochód. Niedługo trzeba będzie zarządzić "pogotowie kangurowe" - pomyślałem. W tym momencie nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że już za chwilę znajdziemy się w wielkim niebezpieczeństwie, a powodem jego wcale nie będą przebiegające kangury. Czerwona tarcza naszej gwiazdy już na dobre skryła się za horyzontem, przez co wszystko zlewało się w szarość. Szary był busz, szare były drzewa, szare były kangury czyhające przy drodze (czekające tylko na odpowiedni moment, aby przeskoczyć susami tuż przed przednią szybą naszego samochodu) i nagle tuż za zakrętem … nasza Toyota z piskiem opon (w tym momencie wszystkie nie umocowane przedmioty z tyłu naszego wozu z trzaskiem przesunęły się do przodu) o mały włos nie uderzyłaby w szarą ścianę dziwnych cielsk leniwie przesuwających się w poprzek szosy.

W Kimberley napotkaliśmy baobaby o dziwnych kształtachCo u licha, co to takiego? - rzucił Zdzisław, który prowadził samochód. W jego głosie wyraźnie dało się wyczuć zdziwienie i zdenerwowanie. Jego pytanie, zagłuszone było przeraźliwym zgrzytem hamulców. Stało się to tak szybko (wszystko to trwało kilka sekund), że nawet nie zdążyliśmy się przestraszyć. Jedno co do nas dotarło to fakt, iż jesteśmy cali, że w nic nie uderzyliśmy. Napięcie opadało, cieszyliśmy się bardzo, że nasza Toyota jest cała i że nie grozi nam ponowna przerwa w podróży. Dopiero gdy się otrząsnęliśmy, zaczęliśmy bliżej przyglądać się tajemniczej "szarej ścianie" poruszającej się wolno przed nami. Jakież było nasze zdziwienie, gdy ujrzeliśmy teraz - tuż przed naszym zderzakiem - stado zdziczałego bydła (na oko jakieś 30 sztuk), które w wolnym tempie przemieszczało się na drugą stronę drogi. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu - pomyślałem. To, że zdążyliśmy wyhamować, to raz, a dwa to, że stado było spokojne. Gdyby ruszyło w naszą stronę, hamowanie na nic by się zdało. W konfrontacji z taką ilością rozjuszonego bydła nasza Toyota byłaby bez szans. Wróciliśmy z dalekiej podróży - odezwała się Edyta - i po chwili dodała: A jak teraz "przebić" się przez te cielska?

Rzeczywiście sytuacja nie była jeszcze do końca opanowana, gdyż stado zakończyło swój powolny pochód w poprzek drogi. Stanęło jak wryte uniemożliwiając nam dalszą jazdę. W tym momencie przydał nam się spokój i opanowanie Zdzisława, który przekręcił kluczyk w stacyjce naszego wozu i metr po metrze przesuwał się do przodu. Zwierzęta stojące dotychczas przed naszym samochodem, zaczęły powoli rozstępować się, tworząc pewnego rodzaju tunel, w którym poruszał się nasz samochód. Podczas całej tej operacji bardzo bałem się, że jakieś spłoszone sztuki ruszą nagle na nas, a my stłoczeni wśród tych ogromnych cielsk (niczym sardynki w puszce) nie będziemy mieli żadnej drogi odwrotu. Skończyło się jednak wszystko tylko na strachu. Po jakimś czasie, który dla mnie wydawał się wiecznością, zdziczałe stado pozostało za nami, a my ruszyliśmy dalej zbliżając się do Derby. Nasza Toyota była dla nas samochodem, sypialnią i restauracjąByło już całkiem ciemno, gdy dojechaliśmy do rogatek miasta. Bez przeszkód dotarliśmy do miejscowego "CARAVAN PARK" (miejsce postoju przyczep campingowych zaopatrzone w dostęp do wody, prądu i Internetu. Są tutaj też prysznice, toalety i sklepik zaopatrzony w najpotrzebniejsze rzeczy). Jak już pisałem raz na 2-3 dni zawijaliśmy w takie miejsca. Zapłaciliśmy z góry za dwie noce i "zakotwiczyliśmy" nasz samochód we wskazanym miejscu. Miniony dzień obfitował w wiele wrażeń.

Od ostatniego postoju przejechaliśmy około 500 km. Wykonaliśmy dzisiaj mnóstwo zdjęć, nasze kamery również nie próżnowały. Po szybkiej kolacji i kąpieli cała nasza trójka wskoczyła do śpiworów. Wiedzieliśmy, że musimy wypocząć przed jutrzejszą wyprawą do zachodniego Kimberley. Tylko Zdzisław (jak zwykle) nie zasnął od razu. Studiował jeszcze jakiś czas mapy i foldery, aby być przygotowanym na jutro.
 
24 czerwca 2001, niedziela
Obudziłem się już o 6.00 rano. Słynne "aaa, aaa, aaa" australijskiej wrony zakomunikowało mi, że nie znalazłem się w Australii po to żeby leniuchować, ale by realizować swoje marzenia. Szybko się ubrałem, wziąłem ze sobą przewodnik i po cichutku wymknąłem się z samochodu, nie chcąc budzić Edyty i Zdzisława. Niech sobie jeszcze godzinkę pośpią - pomyślałem i usiadłem na specjalnym stopniu z tyłu naszej Toyoty, zagłębiając się w lekturze. Tą lekturą był przewodnik po Australii, z którego chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o mieście Derby. Wyczytałem z niego, że miasto to zostało założone w 1883 r. a nazwane zostało na cześć ówczesnego sekretarza stanu do spraw kolonii, hrabiego Derby. Przystań wybudowano 2 lata później w 1885 r. Przewinęło się przez nią tysiące poszukiwaczy złota, których celem były złotonośne tereny w okolicy Halls Creek.

Derby – czekamy na transport. Dzisiaj udajemy się do Tunel Creek i Windjana Gorge N.P.Derby ze względu na zdradliwe i potężne prądy pływowe u wejścia do cieśniny jest niebezpiecznym portem. Niezwykła różnica w poziomie morza między pływami dochodząca do 11 metrów powodowała kiedyś, że podczas odpływu statki osiadały w porcie na błocie. Dzisiaj towary ładuje się na barki i przeładowuje się na duże statki zakotwiczone na głębokiej wodzie (z dala od lądu). Miasto to jest bazą Królewskiej Służby Latających Lekarzy (Royal Flying Doctor Service). Jednak dla wielu osób, odwiedzających Kimberly, posiadających pojazdy z napędem na 4 koła Derby kojarzy się z końcowym punktem słynnej "Gibb River" (drogi, która przez 720 km ciągnie się przez centrum tych okolic, a swój początek bierze w Wyndham). Budowę tego traktu rozpoczęto w latach 60-tych tego stulecia, aby umożliwić mieszkańcom odizolowanych farm przewóz żywego inwentarza na targ. Stąd też bierze się druga nazwa tego szlaku, często używana przez miejscowych, a jest nią Beef Road - Wołowa Droga.

Nagle usłyszałem krzątaninę we wnętrzu naszego samochodu, przerwałem więc moją lekturę. Poszedłem pomóc Edycie i Zdzisławowi w przygotowaniu śniadania. Jak już kiedyś wspominałem celem dzisiejszego dnia była Windjana Gorge oraz Tunnel Creek. Te dwa miejsca są parkami narodowymi, żeby się do nich dostać trzeba posiadać samochód terenowy. W związku z tym i nie mając innej możliwości wykupiliśmy już w Broome całodniową wycieczkę w te okolice. Naszym środkiem lokomocji miał być specjalny BUS z napędem na 4 koła. Miejscem zbiórki był wjazd główny na CARAVAN PARK w Derby (w niedzielę o 7.30 rano). Zaraz po śniadaniu udaliśmy się w "pełnym rynsztunku" na umówione miejsce. Było bardzo ciepło. Słońce prażyło niemiłosiernie. Po raz pierwszy podczas podróży do Australii ubrałem jedną z moich "oddychających" bluz. Tak podróżowaliśmy do Tunel CreekByła ona uszyta ze specjalnego materiału, który mój pot ma przepuszczać na zewnątrz. Dzięki temu skóra na ciele miała być sucha. Miała długie rękawy, aby chronić mnie przed słońcem. Na głowę włożyłem kapelusz z materiału (nie rozstawałem się z nim nigdy, a kupiłem go w Fremantle), do którego agrafkami przyczepiłem chustkę do nosa, aby chroniła mój kark. Zdzisław widząc mnie tak ubranego powiedział, żebym nie przesadzał z tą ochroną, że latem owszem - może byłoby to konieczne, ale nie dzisiaj. Jednak (pomimo zimy w Australii) jak już pisałem, słońce piekło strasznie, mogło być 26°C, więc uznałem, że zabezpieczeń nigdy nie za dużo. Tym bardziej, że mam wrażliwą skórę i szybko się opalam. W miejscu zbiórki nie byliśmy pierwsi. Już stało parę osób, a pozostali doszli w ciągu następnych 10 minut. Razem naliczyłem nas wszystkich około 16 osób. Punktualnie o 7.30 podjechał biały BUS (Toyota) z napisem West Kimberley Tours Ph 0891931442 o numerze rejestracyjnym TC 3277. Zapakowaliśmy się wszyscy do środka i ruszyliśmy. Po kilkunastu minutach asfaltowa nawierzchnia zniknęła spod naszych kół, co również odczuliśmy drganiem całego samochodu. Wjechaliśmy na klasyczną "tarkę" (piaszczysta droga z uformowanymi garbami od kół samochodów). Pojazd, którym teraz jechaliśmy, posiadał napęd na 4 koła, jak i również specjalne zawieszenie przystosowane do takich warunków. Poruszaliśmy się bardzo szybko, dzięki czemu drgania busa były mniej odczuwalne. Działo się tak dlatego, iż nasze koła (przy tej prędkości) przeskakiwały po garbach, a nie zagłębiały się w przestrzenie pomiędzy nimi. Toyota, którą podróżowaliśmy po Australii, nie posiadała takich udogodnień i dlatego musieliśmy zostawić ją na campingu. To nie znaczy, że naszym samochodem poruszaliśmy się tylko po asfalcie. Owszem, na całej trasie w większości wybieraliśmy twardą nawierzchnię, ale kilkakrotnie zdarzyło się, że zjeżdżaliśmy z głównej szosy w boczne piaszczyste trakty. Nie były to jednak długie odcinki i poruszaliśmy się wtedy wolno, aby nie dopuścić do rozsypania się zawieszenia naszego auta. Ta trasa byłaby zabójcza dla naszego pojazdu, gdyż mieliśmy dzisiaj do przejechania przeszło 400 km po słynnej Gibb River. Tak więc nasz BUS wzniecając za sobą tumany kurzu, z minuty na minutę coraz bardziej oddalał się od Derby.

Windjana Gorge N.P. Rafa koralowa, której wiek szacuje się na 380 mln latOddalaliśmy się od miasteczka (Derby) i co za tym idzie, pozostawiliśmy za sobą cywilizację białego człowieka. Jedynie nasz środek lokomocji, sprzęt filmowy, fotograficzny i inne przedmioty przypominały nam chwilami, że gdzieś daleko biegnie życie XXI wieku. To, co widzieliśmy teraz wszędzie wokół nas: roślinność, skały, krajobraz było nieziemskie, jakby nie z tej planety. Czułem się teraz jakbym przeniósł się miliony lat w przeszłość i był świadkiem formowania się skał, gór i powstawania życia na tym terenie. Tak właśnie wyobrażałem sobie dziką Australię… BUS gnał do przodu i powoli zbliżał się do pierwszego celu naszej dzisiejszej wyprawy. Gdzieś po przejechaniu około 150 km zatrzymaliśmy się na chwilę przed znakiem "Windjana Gorge National Park" i skręciliśmy w boczną drogę. Po przejechaniu jeszcze krótkiego odcinka zatrzymaliśmy się.

To co ujrzeliśmy po wyjściu z busa przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Przed nami w odległości około 1 kilometra rozciągał się potężny masyw skalny, który jak się później dowiedzieliśmy od naszego przewodnika, był skamieniałą rafą koralową. Jej wiek ocenia się na 380 milionów lat. Windjana Gorge N.P.Już za chwilę będę mógł dotknąć tak stare skały. Ruszyliśmy grupą przed siebie. Ścieżka prowadziła wzdłuż rzeki Lennard, która przez wieki wyżłobiła wąwóz w ogromnej ścianie koralowca. Dróżka była wąska, niekiedy musieliśmy przeciskać się przez szczeliny w skale, aby kontynuować nasz marsz.

Co to za kłody? - pomyślałem, patrząc na dziwne przedmioty pływające po wodzie i leżące na plaży. Zagadka już za chwilę wyjaśniła się. Były to krokodyle słodkowodne, które szczególnie upodobały sobie tę okolicę.

Mimo suchej pory roku, w korycie rzeki było jeszcze dużo wody, która przyciągała tutaj mnóstwo różnych gatunków skrzydlatej braci. Na jednym z eukaliptusów zauważyłem kilkanaście śnieżnobiałych papug.

Tunnel CreekJeszcze jakieś dwie godziny rozkoszowaliśmy się urokiem tego miejsca, potem wróciliśmy do naszego pojazdu, by udać się do ruin posterunku policji, który funkcjonował na tym terenie pod koniec XIX wieku. Po krótkiej chwili dojechaliśmy na miejsce. Po budynku zajmowanym niegdyś przez stróży prawa zostały tylko spalone i osmolone kamienne ściany. Zniszczeń tych dokonali Aborygeni pod dowództwem Jandamarry, który prowadził zaciekłą walkę przeciwko okupacji Kimberley przez białych. Osadnikom na tym terenie ten waleczny przywódca znany był jako "Pigeon" - czyli "Gołąb". Został on jednak wyśledzony i zabity w 1897 r. w pobliżu wąwozu Tunel Creek, do którego i my dotarliśmy po krótkiej podróży naszym busem.

Przed wejściem do tunelu (mającego 75 metrów długości i 12 szerokości) nasz przewodnik dał nam latarki i ostrzegł, że za chwilę będziemy do kolan brodzić w wodzie. W związku z tym najlepiej będzie zdjąć buty, ale odradził również marszu na bosaka. W korycie strumienia było bowiem dużo drobnych i ostrych kamyczków, które mogły dotkliwie zranić stopy. Baobab 'Prison' (więzienie)Część z naszej grupy ubrała sandały, kalosze, inni, co bardziej "twardzi" ruszyli… w samych skarpetkach. Przeprawa przez tunel nie była trudna, ale zrobiła na mnie duże wrażenie głównie z tego powodu, iż jedynym światłem, które oświecało nam drogę było światło naszych latarek. Dawało to niesamowity efekt. Dziwnym uczuciem było w tej wędrówce również to, że brnęliśmy przed siebie w nieznane, a piaszczyste dno strumienia często osuwało się nam spod nóg. Do Derby wróciliśmy późnym wieczorem. Zmęczeni położyliśmy się spać.

W tym miejscu przerywam na krótko moje wspomnienia chcąc poinformować Cię czytelniku, że z powodu ograniczeń "wydawniczych," od teraz skupię się na najbardziej istotnych sprawach i do minimum skrócę opisy przyrody, czy też swoje odczucia z trasy wyprawy. Obiecuję jednak przy najbliższej okazji wrócić ponownie do tego miejsca i uzupełnić tekst w ten sposób, aby nie odbiegał stylowo od moich dotychczasowych zapisków. Teraz skupię się głównie na trasie wyprawy i najważniejszych zdarzeniach oraz informacjach, których z powodu ich wagi pominąć nie mogę.
 
25 czerwca 2001, poniedziałek
Trasa: Derby, Fitzroy Crossing, Geikie Gorge N.P., nocleg - przydrożny parking

Zanim opuściliśmy Derby, rankiem udaliśmy się na miejscowe molo, aby obejrzeć błotniste plaże po rannym odpływie. Widok był niesamowity. Na płaskim obszarze ocean nawet o kilkaset metrów cofnął się w stronę głębiny. Geikie Gorge National ParkPo wykonaniu zdjęć i utrwaleniu na taśmie video tego fenomenu opuściliśmy Derby i skierowaliśmy się w kierunku Fitzroy Crossing. Po drodze zrobiliśmy postój przy baobabie "Prison" (więzienie). Drzewo nazwę zawdzięcza potężnej budowie swojego pustego w środku pnia, którego wnętrze służyło do przetrzymywania uwięzionych Aborygenów.

Głównym celem tego dnia był Geikie Gorge N.P. ze swoim słynnym wąwozem o długości 14 km uformowanym przez Fitzroy River. Wysokość jego ścian sięga do 30 metrów. Wąwóz najlepiej podziwia się z pokładu łodzi. Tak też zrobiliśmy. Kupiliśmy bilety i "załadowaliśmy" się do specjalnych tratw, dzięki którym mogliśmy podziwiać ściany skał wzdłuż koryta rzeki. Widoki były niesamowite - co utrwaliliśmy na taśmie filmowej.

Pełni wrażeń udaliśmy się naszą Toyotą w kierunku Halls Creek, jednak zapadający zmrok nie pozwolił nam dotrzeć do miasteczka. Obóz rozbiliśmy przy przydrożnym parkingu. Długo nie mogliśmy zasnąć. Z niepokojem obserwowaliśmy horyzont, który rozświetlała łuna palącego się buszu. Zmęczeni i pełni wrażeń gdzieś około drugiej w nocy zasnęliśmy. Dopiero nazajutrz okazało się, że pożar nie zagrażał nam bezpośrednio, gdyż był oddalony od nas o co najmniej 50 km, w nocy odległość ta wydawała nam się przynajmniej kilka razy mniejsza.
 
26 czerwca 2002, wtorek
Trasa: Halls Creek, Old Halls Creek, nocleg - camping w Halls Creek

Pomimo, iż poprzedniego dnia zasnąłem bardzo późno, to nazajutrz już o 6.30 "wygramoliłem" się ze śpiwora. Moją pierwszą myślą było sprawdzenie, czy pożar nie dotarł lub przynajmniej nie zbliżył się do naszego obozu. Szybciutko wyjrzałem przez okno naszej "sypialni". Uspokoiłem się. Daleko na horyzoncie przetaczały się chmury czarnego dymu, ale dzisiaj przy świetle dziennym odległość od zagrożenia wydawała się 3 razy większa niż wczoraj wieczorem. Ciemna noc musiała więc oszukać wcześniej nasze zmysły.Ranki, jak już zapewne nie raz wspominałem były chłodne, ubrałem się więc ciepło i wyszedłem na zewnątrz. Wykonałem kilka zdjęć. W tym czasie wstali moi towarzysze, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Old Halls Creek – pozostałość domów po pierwszych osadnikachPo dłuższej jeździe dotarliśmy do Halls Creek. Odpoczęliśmy tutaj godzinę i Zdzisław podjął decyzję, aby udać się do kolebki wydobycia złota na tym terenie - do "Old Halls Creek". Decyzja ta niosła za sobą pewne ryzyko, gdyż droga, którą musieliśmy pokonać nie była asfaltowa. Rzadko opuszczaliśmy "bite" trakty, ale tym razem, chcąc nie chcąc, trzeba było podjąć to "wyzwanie".

Nasza Toyota podskakiwała na piaszczystych garbach jak szalona, mimo to cały czas mknęła do przodu. No dobrze, może nie tak do końca cały czas "mknęła". Były bowiem takie odcinki, gdzie "tarka" dawała się tak mocno we znaki zawieszeniu naszego samochodu, że mimo pełnego podziwu dla konstrukcji auta, w obawie o jego dalsze "życie" musieliśmy mocno zwalniać. Był nawet taki moment, że chcieliśmy zawrócić w obawie o nasz pojazd, który miał przecież nam służyć jeszcze przez tysiące kilometrów. Skończyło się jednak na strachu.

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. To, co od razu przyciągnęło naszą uwagę, to ruiny domów pierwszych osadników. Jak się okazało, siedziby te były budowane z glinianej cegły. Czas jednak zrobił swoje. Mogliśmy oglądać już tylko pozostałości po osadzie. Żadna budowla nie przetrwała w całości. To, co jednak pozostało (ściany zewnętrzne, gdzieniegdzie kominek i resztki okien) oświetlone promieniami zachodzącego słońca zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Zamknąłem oczy, aby choć na chwilę, dzięki wyobraźni, przenieść się w przeszłość, do czasu świetności osady. Po tej krótkiej "retrospekcji" byłem pełen podziwu dla wytrwałości i hartu ducha pierwszych osadników i poszukiwaczy złota na tym terenie. Ile samozaparcia i ile wiary w to, co się robi, musieli mieć ci ludzie, aby tutaj na pustkowiu, na końcu świata budować osadę z czerwonej gliny?! Po wykonaniu pełnej dokumentacji zdjęciowej udaliśmy się w drogę powrotną. Było już całkiem ciemno, gdy wjeżdżaliśmy na camping w Halls Creek. Szybciutko zjedliśmy kolację i do łóżek.
 
27 czerwca 2001, środa
Trasa: Halls Creek, Wolfe Creek Meteorite, Halls Creek, Turkey Creek - nocleg

20 kilometrów na zachód od Halls CreekRankiem odbyliśmy naradę. Zdzisławowi bardzo zależało na utrwaleniu na taśmie filmowej krateru utworzonego przez spadający meteoryt (Jego średnica wynosi 850 metrów, a głębokość dochodzi do 50 metrów. Uderzenie miało ponoć miejsce około 50 tysięcy lat temu.). Aby jednak tam się dostać, trzeba koniecznie posiadać pojazd z napędem na 4 koła. Nasza Toyota nie posiadała tego udogodnienia. Po krótkiej dyskusji zapadła decyzja: Jedziemy tym co mamy 20 km na zachód od Halls Creek, gdzie od głównej drogi skręca szlak prowadzący do krateru. Tam zaczekamy. Gdy ktoś przejedzie obok nas i będzie dysponował odpowiednim pojazdem, Zdzisław z Edytą postarają się uprosić w samochodzie 2 miejsca i pojadą zwiedzać krater, ja natomiast wrócę do miasteczka i przejrzę strony internetowe.

Bungle Bungle – droga do ... Echidna ChasmTak jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy i … bardzo, bardzo długo czekaliśmy - jednak bez skutku. Zniechęceni, pewni że nici z naszych planów, zaczęliśmy zbierać się do powrotu. Nagle jednak z głównej drogi w piaszczysty trakt skręcił jakiś pojazd. Zdzisław instynktownie wyskoczył z naszego samochodu i ruchem ręki zatrzymał przejeżdżające auto. Okazało się, że podróżni - ojciec z synem z Sydney - zmierzali do krateru i chętnie zgodzili się wziąć autostopowicza. Ano właśnie "stopowicza", nie "stopowiczów". Problem polegał bowiem na tym, że dysponowali tylko jednym wolnym miejscem. W tej sytuacji Zdzisław pojechał z nimi, a ja z Edytą wróciliśmy do Halls Creek, aby posurfować w internecie. Umówiliśmy się dokładnie za 4 godziny w tym samym miejscu. Ja i Edyta napisaliśmy w wolnym czasie po kilka e-maili do rodziny i znajomych, później zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę i wróciliśmy tam, gdzie już powinien czekać na nas Zdzisław. Gdy przybyliśmy na miejsce, zastaliśmy tylko dwie ciężarówki z bydłem stojące na poboczu. Zdzisława jeszcze nie było.

No cóż, nie mając nic innego do roboty, oddaliśmy się błogiemu leniuchowaniu, kładąc się na tylnich siedzeniach. Pogoda, jak zwykle, dopisywała, słońce prażyło niemiłosiernie, a z głośników naszego samochodu wydobywało się australijskie country. Przez chwilę nigdzie się nie spieszymy i spokojnie chłoniemy atmosferę słynnego "outbacku" - pomyślałem i po chwili powiedziałem do Edyty - jak to fajnie, że Zdzisław się spóźnia. Prawie w tym samym momencie zauważyliśmy chmurę kurzu na horyzoncie, zwiastującą zbliżanie się jakiegoś pojazdu. Ku naszemu rozczarowaniu (piszę to w kontekście naszego leniuchowania) okazało się, że to "nasi", czyli Zdzisław, który gorąco podziękował właścicielowi czarnego Nissana za podwiezienie i przesiadł się do nas. Będąc znów w komplecie, ruszyliśmy w dalszą drogę. Już po kwadransie przejeżdżaliśmy przez Halls Creek, udając się dalej na północ. Po przejechaniu około 170 km zatrzymaliśmy się w Turkey Creek. Spędziliśmy tutaj noc.
 
28 czerwca 2001, czwartek
Trasa: Turkey Creek, Purnululu N.P. (Bungle, Bungle) - nocleg Turkey Creek

Bungle Bungle – za nami skały w tygrysie prążkiCelem naszej podróży miał być malowniczy labirynt piaskowcowych kopuł w tygrysie prążki, znany jako Bungle, Bungle. Niektórzy mówią, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Kimberley. Aborygenom znane od ponad 20 tysięcy lat, a miejscowym pasterzom bydła od ponad stu. Dla szerokiej rzeszy turystów odkryte zostało ono dopiero na początku lat 80-tych XX wieku. Skały na tym terenie należą do najstarszych na świecie, liczą sobie blisko 350 milionów lat.

Wstaliśmy bardzo wcześnie i już o 5.15 jechaliśmy wraz z całą grupą wynajętym busem, który dzięki napędowi na 4 koła bez problemu pokonał niełatwą trasę do Purnululu N.P. Z czterech ścieżek, które udostępniono turystom wybraliśmy 2 szlaki: pierwszy zaprowadził nas do Echidna Chasm, drugi do Cathedral Gorge. Trasa, jaką pokonaliśmy, była bardzo trudna. Można tutaj poruszać się wyłącznie w porze suchej. W porze deszczowej bowiem większość dróg jest zalana i park jest zamknięty.

Aż dwa razy złapaliśmy "panę" i całą godzinę zmuszeni byliśmy czekać w głuszy australijskiej na naszego przewodnika, który busem pojechał na najbliższy camping po koła zapasowe. Do Turkey Creek wróciliśmy dopiero po 22.00.
 
29 czerwca 2001, piątek
Trasa: Turkey Creek, Wyndcham, Kununurra - nocleg 30 km za Kununurra

Krokodyl (rzeźba) w WyndhamCzwartkowa wyprawa do Bungle, Bungle troszeczkę wydłużyła nam sen, ale już po 8.00 byliśmy na nogach. Wczorajszy pech miał dzisiaj znaleźć swój ciąg dalszy. Po wyjściu z samochodu stwierdziłem, że w przednim, lewym kole nie mamy powietrza. Nasz samochód cały dzień stał na parkingu, jak to się mogło stać? - zapytał Zdzisław. Widocznie powietrze musiało uchodzić z tego koła już w środę wieczorem, jak przybyliśmy do Turkey Creek i dopiero teraz to zauważyliśmy - odparła Edyta - musimy poszukać jakiegoś warsztatu -dodała. Poszukać warsztatu - pomyślałem - pomysł świetny, ale najbliższa miejscowość Wyndham to jakieś 180 km, więc jeżeli tutaj czegoś nie znajdziemy, to będziemy mieć spory problem.

Ciężarówki do przewożenia rudy żelazaTym razem jednak szczęście uśmiechnęło się do nas. Turkey Creek to typowy Roadhous: stacja benzynowa, kilka zabudowań i "domowy" warsztat samochodowy, w którym w kwadrans naprawiono nam (za "całe" 20 dolarów australijskich) uszkodzone koło. Mogliśmy jechać dalej.

Po niespełna dwóch godzinach dotarliśmy do wspomnianego już Wyndham, gdzie od razu udaliśmy się do punktu widokowego "Five Rivers Lookout". To co zobaczyliśmy po prostu zatykało dech w piersiach. Był właśnie odpływ. Słońce raziło w oczy odbijając się o błotniste mielizny, na których wylegiwały się gromady krokodyli. To właśnie w tym miejscu pięć największych rzek w Kimberley (Ord, Pentencost, Durack, Forrest, King) wchodzi do zatoki Cambridge. Po nasyceniu oczu tym bajecznym widokiem, udaliśmy się dalej na wschód. Minęliśmy jedno z trzech najważniejszych miast Kimberley - Kununurra - i przy zachodzącym już słońcu dojechaliśmy do sztucznego zbiornika "Lake Argyle". W wodach tego jeziora spoczęły tereny starego obozowiska Aborygenów, liczącego sobie 18.000 lat. Następnie wróciliśmy na słynną "jedynkę" (Victoria HWY) i po przejechaniu jakichś 30 km rozbiliśmy obóz na noc.
 
30 czerwca 2001, sobota
Trasa: Timber Creek, Katherine, Nitmiluk N.P, Edith Falls, Pine Creek - nocleg Emerald Springs

Według obliczeń Zdzisława od Darwin dzieliły nas dwa dni. Nasza Toyota jakby to czuła i ochoczo gnała do przodu. Na drodze napotykaliśmy coraz więcej kopców termitów. W miejscowości Katherine, Victoria HWY skrzyżowała się ze Stuart HWY, która przecina cały kontynent z południa na północ. Pod koniec dnia zatrzymaliśmy się w Nitmiluk N.P., gdzie odwiedziliśmy wodospady "Edyty" (Edith Falls). Na parkingu podszedł do nas na wyciągnięcie ręki kangur, jakby chciał zapytać: Skąd przyjechaliście i co macie dla mnie dobrego?". Widocznie przejeżdżający tędy ludzie tak go "rozpieścili", iż zupełnie nie bał się człowieka. Przy wodospadzie wypiliśmy budyń przygotowany przez Edytę i po jakimś czasie ruszyliśmy w dalszą drogę.

Termitiery w Lichfield ParkRobiło się ciemno. Zdzisław, jak zwykle zarządził "pogotowie kangurowe" i wolnym tempem posuwaliśmy się dalej wypatrując miejsca na postój. Nagle ciemności rozjaśniło jakieś tajemnicze ognisko po obu stronach drogi. Zagadka wyjaśniła się szybko - palił się przydrożny busz. Miejscami było tak jasno, że można było wyłączyć światła reflektorów naszego samochodu. Ujechaliśmy jeszcze kilka kilometrów i zatrzymaliśmy się w Emerald Springs. Jak zwykle była to stacja benzynowa, kilka zabudowań i… koniec. Po kolacji udałem się na małe piwo, aby odpocząć po całym dniu.

W barze byłem sam, zamówiłem trunek, zająłem miejsce w kącie sali i chłonąłem klimat tego miejsca. Nagle zerwałem się przerażony na równe nogi. Co to jest ?! Spojrzałem na kształt biegnący tuż nad moją głową na suficie. Utkwiłem wzrok w sufit i… odetchnąłem z ulgą. Była to tylko kilkunastocentymetrowa jaszczurka, która zapewne urządziła sobie tutaj safari na muszki, czy też inne latające owady. Widząc moją reakcję pani za barem uśmiechnęła się. Natychmiast wyjąłem kamerę, z którą nigdy się nie rozstawałem i sfilmowałem całe to "polowanie". Wróciłem do samochodu i po dniu obfitującym w tyle ciekawych wydarzeń długo nie mogłem zasnąć. Wyszedłem więc jeszcze trochę się przewietrzyć. Ciszę nocną po chwili zakłócił jakiś potężny hałas dobiegający z południa. Hałas narastał, rozpoznałem w nim ryk silników ciężkich samochodów. Po dłuższej chwili tuż obok nas, ok. 30 metrów od naszego postoju, przejechał konwój wojskowy składający się z dwudziestu kilku dużych pojazdów. Było tam wszystko, samochody z żołnierzami armii australijskiej, ciężki sprzęt na specjalnych lawetach, kuchnie polowe, szpital wojskowy itd. Ziemia drżała od kół tych pojazdów i nawet, gdy już ostatni z nich zniknął w ciemnościach, jeszcze długo dał się słyszeć ryk silników. Dopiero po jakimś czasie wszystko ucichło i tylko gdzieś z oddali słychać było rechot żab.
 
1 lipca 2001, niedziela
Trasa: Adelaide River, Litchfield N.P., Farma krokodyli, Darwin

Tego dnia mieliśmy dotrzeć do Darwin (stolica stanu Terytorium Północne). Chcieliśmy jednak wcześniej odwiedzić jeszcze po drodze Lichfield N.P. Zdzisław poprzedniego wieczoru wyczytał, iż na terenie tego parku znajdują się ogromne termitiery, dochodzące do 6-7 metrów wysokości. Pobudzało to naszą wyobraźnię i nie mogliśmy się wręcz doczekać kiedy je wreszcie odnajdziemy i zobaczymy.

Lichfield ParkDługo kluczyliśmy bocznymi drogami i już zwątpiliśmy w sukces naszych poszukiwań, gdy nagle w lasku eukaliptusowym zobaczyliśmy dziwne budowle. To co ujrzałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zaparkowaliśmy samochód i zaczęliśmy się przedzierać przez spalony busz. Dopiero teraz z bliska mogłem zobaczyć, że większość roślinności wokół jest czarna i osmolona. Był to zapewne wynik ostatniego pożaru. Termitiery zostały jednak nienaruszone. Były naprawdę potężne. Zbliżyłem się do pierwszej "budowli" i poprosiłem Edi, aby zrobiła mi zdjęcia. Dopiero stojąc tak blisko tej konstrukcji, mogłem ocenić jej ogrom. Trudno było uwierzyć, że coś tak potężnego zbudowały takie malutkie "żyjątka". Po udokumentowaniu na kliszy tego miejsca, ruszyliśmy w kierunku Darwin.

Kawałek dalej natknęliśmy się na wspaniałe wodospady. Była niedziela, pogoda była wyśmienita, nie zabrakło więc w tym miejscu wypoczywających ludzi, którzy prażyli się na słońcu i zażywali kąpieli, "ładując" w ten sposób swoje "akumulatory" na przyszły tydzień pracy.

My niestety, jak zwykle, nie mieliśmy czasu na to, by wziąć udział w tej sielance. Z zazdrością popatrzyłem na pluskającą się w pobliskim strumieniu gromadkę. Kilka zdjęć i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przed wyjazdem do Darwin zaliczyliśmy jeszcze miejscową farmę krokodyli. Mieliśmy szczęście. Trafiliśmy na porę ich karmienia. Byliśmy więc świadkami "obiadu", podczas którego dorodne kury i kurczaki wraz z piórami "lądowały" w potężnych paszczach tych gadów. Nawet pomimo siatki ochronnej, która dzieliła nas od tych bestii, nie czułem się zbyt pewnie. Tym bardziej byłem pełen podziwu i szacunku dla opiekunów tych zwierząt, którzy dzień w dzień obcując z nimi, wystawiali się na ogromne ryzyko.

Darwin – Aborygeni na miejscowym jarmarkuDo stolicy stanu wjechaliśmy około 15.00. Obóz rozbiliśmy na miejscowym campingu. Edyta i Zdzisław postanowili wymoczyć się troszeczkę w basenie, a ja z "rozkoszą" oddałem się praniu moich rzeczy, które po buszowaniu w spalonej trawie w Lichfield N.P. upodobniły się do stroju kominiarza. Woda w łazience długo przypominała smołę, ale po jakimś czasie jej kolor wrócił do normy, co oznaczało również, że moją bluzkę i spodnie mogę powiesić na lince, aby wyschły. Po obiedzie pojechaliśmy do centrum. Po raz kolejny szczęście się do nas uśmiechnęło. Dowiedzieliśmy się bowiem, że właśnie dzisiaj na miejscowej plaży obchodzone jest święto Terytorium Północnego. Udaliśmy się tam z tłumem, który z okolicznych parkingów i uliczek, niczym rzeka, "płynął" w kierunku oceanu. Po wejściu na plażę zastaliśmy tam już mnóstwo ludzi, którzy zorganizowali sobie wielki piknik. Było piwo i barbecue, były fajerwerki i tańce.

Po godzinnym pobycie na brzegu oceanu i rozkoszowaniu się zachodzącym słońcem, udaliśmy się na, specjalnie z tej okazji przygotowany, jarmark. Nie mogłem oderwać oczu od wszystkiego, co tam zobaczyłem. Były stragany ze sztuką aborygeńską, były bary z kuchnią egzotyczną, w której można było spróbować między innymi mięsa krokodyla, kangura, czy strusia, były występy, pokazy sztucznych ogni i wiele innych ciekawych atrakcji. Tak mnie to wszystko oczarowało, że (jak zwykle zresztą) spóźniłem się na miejsce spotkania z Edytą i Zdzisławem. Na camping na przedmieściu Darwin wróciliśmy grubo po 22.00 i pełni wrażeń szybko wtuliliśmy się w nasze poduchy.
 
2 lipca 2001, poniedziałek
Trasa: Darwin, Humpty Doo, Jabiru, Mary River Roadhouse, Pine Creek - nocleg

Rysunki naskalne w Kakadu N.P.Skoro świt wyruszyliśmy z Darwin do Kakadu Park. Zdzisław był jednak niepocieszony, gdyż już od samego rana słońce skryło się za chmurami, a każdy wie, że zdjęcia bez światła "naszej gwiazdy" są niepełnowartościowe. Szef naszej wyprawy podczas całej podróży często mówił nam o tym parku narodowym i obiecywał sobie wykonać bogatą dokumentację fotograficzną, a … tutaj taki pech. Nie mieliśmy jednak wyjścia i po przejechaniu około 130 km natknęliśmy się na wjazd do parku. Po zapłaceniu 16,25$ australijskich za każdą osobę, mogliśmy jechać dalej. Jakieś 250 kilometrach od Darwin powitało nas Jabiru - znane centrum kultury aborygeńskiej. Spędziliśmy w tym miejscu trochę czasu, zwiedzając i oglądając wiele stoisk i sklepików ze sztuką rdzennej ludności Australii. Następnym naszym celem było Nourlangie Rock, gdzie po krótkim spacerze przez rzadko porośnięty, krzaczasty teren, dotarliśmy do naskalnych malowideł Aborygenów. Najstarsze z nich liczyły przeszło 20.000 lat. Wykonaliśmy w tym miejscu sporo zdjęć aparatem fotograficznym i kamerą. MatarankaPatrząc na te dzieła, na chwilę przenieśliśmy się w odległe czasy, gdy Aborygeni byli prawdziwymi właścicielami tych ziem. Oczyma wyobraźni mogliśmy zobaczyć, jak w czasie pory deszczowej dawni mieszkańcy szukali schronienia przed żywiołem, kryjąc się w jaskiniach. Właśnie wtedy malowali na skalnych ścianach sceny z codziennego życia i swoje wierzenia.

Pod wieczór dotarliśmy do skraju Parku w okolicy "Mary River Roadhouse". Było już zupełnie ciemno i postanowiliśmy spędzić tutaj noc. Zdzisław, który jak zwykle pilnował, aby wszystko było okay, chciał odszukać gospodarza tego terenu i zapytać czy możemy "rozbić" tutaj nasz obóz. Szef wyprawy nie wracał, więc postanowiliśmy z Edytą zobaczyć, co go zatrzymało. Historyczny Pub w Daly WatersPo dość długich poszukiwaniach, znaleźliśmy go dopiero na tyłach zabudowań, gdzie wśród palącej się trawy i piekącego dymu rozmawiał z jakąś kobietą, Jak się później okazało, żoną gospodarza, która wodą polewała teren blisko zabudowań, aby palący się busz nie spalił osady. Czynność tę jednak wykonywała bez żadnych wielkich emocji, można powiedzieć, że wręcz rutynowo. Widocznie trzeba to było robić już niejednokrotnie wcześniej.

Pożar buszu w tych stronach to przecież normalne zjawisko. Na szczęście nie było tutaj dużo drzew eukaliptusowych, których korony palą się bardzo szybko i wówczas pożar jest prawie nie do opanowania. Tutaj paliło się głównie poszycie i niewielkie krzaki. Od naszej "gospodyni" dowiedzieliśmy się, że nie możemy tutaj zostać na noc, bo jest to jeszcze teren Parku i przepisy tego zabraniają. Nie pozostało nam nic innego jak podziękować za rozmowę i ruszyć w dalszą drogę. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów w całkowitych ciemnościach, dotarliśmy do Pine Creek, gdzie w zatoczce "informacji turystycznej" spędziliśmy noc.
 
3-5 lipca 2001, wtorek-czwartek
3 lipca zaczęliśmy podróż przez środek kontynentu. Ze wspomnianych już wcześniej powodów nie będę opisywał tego zbyt dokładnie. "Zatrzymam" się tylko w tych miejscach, które najmocniej utkwiły mi w pamięci.

Devil’s MarbiesRuszyliśmy z Pine Creek. Jadąc przez Katherine, dotarliśmy do oazy zieleni i naturalnych basenów z krystaliczną wodą w miejscowości Mataranka. Edyta i Zdzisław wzięli swoje stroje kąpielowe i udając wczasowiczów, zażywali błogiej kąpieli. Ja podobnie, z tą różnicą, że nie w naturalnym zbiorniku, tylko pod prysznicem spłukałem kurz ostatnich dni. Wypoczęci i odświeżeni pojechaliśmy do "pobliskiego" ("jedyne" 180 km…) słynnego i historycznego już pubu - Daly Waters, który swoje podwoje otworzył w 1930 r. Można powiedzieć, że jak na warunki australijskie to prawie nasze historyczne średniowiecze. Pub ten ma specyficzny klimat. Jest w nim mnóstwo "pamiątek" po przejeżdżających tutaj turystach, począwszy od zdjęć, poprzez legitymacje, odznaki, emblematy, a skończywszy na wiszącej pod sufitem bieliźnie osobistej. Jechaliśmy dalej, minęliśmy Dunmarra i 20 km przed Elliott zatrzymaliśmy się na nocleg.

Nazajutrz, skoro świt, kontynuowaliśmy swoją podróż na południe. Po drodze przystanęliśmy przy Stuart Memorial i John Flynn Memorial. Ten ostatni został wzniesiony na cześć założyciela "latającej służby zdrowia". Samoloty tej formacji do dzisiaj docierają do pacjentów w najodleglejszych zakątkach interioru. W służbie tej zasłynął Polak - Henryk Landsberg, który wielokrotnie lądował na pustyni, ryzykując życiem.

Tutaj spoczywa 'wielki' malarz aborygeński Albert NamatjiraPo przejechaniu następnych 200 km dotarliśmy do starego miasteczka Tennant Creek, które pamięta czasy ostatniej gorączki złota w Australii w roku 1932. Cel dzisiejszej podróży - przedziwne formacje skalne w kształcie ogromnych kul - "Devils Marbles" - osiągnęliśmy po przejechaniu kolejnych 100 km. Zrobiliśmy w tym miejscu mnóstwo zdjęć. Nasze kamery też nie próżnowały. Gdy wracaliśmy do naszej Toyoty, czekała na nas para Australijczyków: Piotr i Pamela Nagiel. Piotr posiadał polskie korzenie i jego uwagę zwróciły nasze emblematy i logo wyprawy na samochodzie. Był ciekawy skąd jesteśmy i co nas tutaj sprowadziło. Umówiliśmy się na wieczorną herbatę i zimne piwo. Nasi goście opowiadali o sobie. Teraz podróżowali po Australii. Ich hobby to między innymi motocykle. Jeden wieźli ze sobą na specjalnej przyczepie. Spędziliśmy razem wspaniałe chwile, nie zauważając upływającego czasu. Było już bardzo późno, gdy się pożegnaliśmy. Obiecywaliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie nazajutrz - słowa dotrzymaliśmy. Następnego dnia, po śniadaniu, stanęliśmy z naszymi nowymi przyjaciółmi na tle olbrzymich kul (Devils Marbles) i uwieczniliśmy to na zdjęciu. Pożegnaliśmy się ostatecznie i pojechaliśmy dalej. Mycie i pierwsze śniadanie miało miejsce w Wauchope. Był to typowy Roadhouse,jakich wiele napotykaliśmy już w Australii. Miał on jednak swój unikatowy "klimat", którym wyróżniał się od innych. Tworzyły go bardzo stare samochody, już w większości pokryte grubą warstwą rdzy, stojące na parkingu. Była tam też olbrzymia papuga, która zamknięta w olbrzymiej klatce wołała do nas: "Hello! Hello! Hello!". Po jakimś czasie ruszyliśmy w dalszą drogę i po 4-5 kilometrach zatrzymaliśmy się. Powodem była stacja benzynowa, której ściany wymalowano w dziwne rysunki przedstawiające… pojazdy UFO i mieszkańców z innych galaktyk. Jak się dowiedzieliśmy, podobno w okolicy widywano tutaj latające talerze i przybyszów z innych planet. Zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej. Po następnych 100 kilometrach dojechaliśmy do Barrow Creek. Mieści się tutaj legendarny pub "Drinker Bank", który powstał w pomieszczeniach historycznej już stacji telegraficznej. Po krótkim postoju i małej szklaneczce piwa (nie pił oczywiście kierowca - tym razem padło na Zdzisława) ruszyliśmy w dalszą drogę. Jakieś 50 kilometrach dalej po prawej stronie minęliśmy Central Mount Stuart, górę będącą geograficznym centrum Australii. Po 2 godzinach dalszej jazdy na południe ujrzeliśmy wreszcie upragnioną tablicę z napisem Alice Springs, będące niekwestionowaną stolica wnętrza Australii.

Ayers Rock – wschód słońcaPo wjechaniu do miasta w pierwszej kolejności udaliśmy się na Anzac Hill. Z tego wzgórza mogliśmy podziwiać piękną panoramę miasta, które niczym oaza wyrosło na tym pustkowiu. Jedna z budowli mocno wyróżniała się na tle pozostałych. Jak się później okazało, był to kościół katolicki, we wnętrzu którego, dzięki wiszącemu na ścianie dużemu portretowi naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II, poczułem się jak w domu.

Następnie skierowaliśmy się do szkoły. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tej szkole nie było ani jednej ławki i ani jednego ucznia. Trafiliśmy bowiem do tzw. "radiowej" szkoły. Australia to wielki kraj. Farmy są oddalone od siebie często o 300-500 km, w związku z tym "uczęszczanie" do szkoły stacjonarnej - klasycznej staje się tutaj niemożliwe. Nauka poprzez radiostacje jest w tym przypadku jedynym sensownym rozwiązaniem. Nauczyciel na odległość sprawdza obecność, robi klasówki, wzywa "do tablicy"…

Po zwiedzeniu szkoły udaliśmy się do "Old Telegraph Station", na północ od miasta, a następnie wróciliśmy na miejscowy cmentarz, aby oddać hołd pierwszemu wielkiemu artyście aborygeńskiemu docenionemu przez białych. Był nim Albert Namatjira. Urodził się w Hermannsburg 28 lipca 1902 r. a zmarł 8 sierpnia 1959 r. w Alice Springs. Na płycie nagrobnej zobaczyłem napis: ALTJI RAKA NGUANGIBERANTAMA JINGA NAMA NANA JINGA NAMANGA. Oczywiście nie wiedziałem co to znaczy. Może to pełne imię i nazwisko w języku plemiennym tego artysty? A może oznacza to zupełnie co innego? Dawno temu jeszcze, gdy byłem w "podstawówce" czytałem o tym człowieku w książkach i wówczas nie myślałem, że będzie mi dane kiedyś stanąć przy jego grobie. Dla mnie osobiście te kilka minut było wielkim przeżyciem. Po wyjściu z cmentarza było już prawie ciemno, dlatego pojechaliśmy na najbliższy parking za Alice Springs, by spędzić tam noc.
 
6-9 lipca 2001, piątek - poniedziałek
Piątkowy ranek za miastem przywitał nas przeszywającym chłodem. Wyszedłem z samochodu w samej pidżamie i natychmiast wróciłem, aby się ubrać. Były jakieś 2-3 stopnie, a wydawało mi się, że jest5. To oczywiście efekt różnicy temperatur w naszej Toyocie i na zewnątrz.

Trephina George (okolice Alice Springs)Na parkingu byliśmy sami. Wokoło czerwone skały, w oddali odgłosy wron i wschodzące słońce, które swoimi pierwszymi promykami muskało pobliskie eukaliptusy. Było wspaniale. Taki ranek jak ten na długo pozostanie mi w pamięci. Podobnie "nasycony" duchem Australii czułem się przy Minilya River na zachodnim wybrzeżu. Byłem teraz z moimi przyjaciółmi, Edytą i Zdzisławem, w samym centrum tego pięknego kraju. Bardzo cieszyłem się, że moje marzenie spełniło się. Że "dotknąłem" Australię z bliska, i to samo jej serce, a już za kilka godzin stanę oko w oko z następnym symbolem i świętym miejscem tego kraju, czyli Ayers Rock (Uluru). Zanim jednak to się stało, zaraz po śniadaniu udaliśmy się do Trephina Gorge. Było to koryto wyschniętej rzeki, po którym odbyliśmy dłuższy spacer. Nasza droga wiodła wzdłuż bardzo starych czerwonych skał. Czułem się trochę podobnie jak podczas przeprawy tratwą w Geikie Gorge, z tą jednak różnicą, iż rolę łodzi odgrywały tutaj nasze nogi.

Po jakimś czasie wróciliśmy do Alice Springs i ruszyliśmy dalej na południe. Po przejechaniu 200 km w miejscowości Erldunda skręciliśmy na zachód. Spieszyliśmy się bardzo, gdyż chcieliśmy zdążyć na zachód słońca przy Uluru, a czas uciekał. Po drodze "zaliczyliśmy" słynny monolit skalny Mt. Conner. Słońce było już nisko, kiedy wjechaliśmy do Uluru N.P. Po 20 minutach dojechaliśmy na miejsce, gdzie spory tłum oczekiwał na "ceremonię" zachodu słońca przy Ayers Rock. Szybko zaparkowaliśmy nasz samochód, wzięliśmy sprzęt fotograficzny i zajęliśmy najlepsze miejsca… spośród tych, które jeszcze zostały. Zdążyliśmy! Spektakl właśnie miał się zacząć. Mieliśmy podwójne szczęście, ponieważ, nie dość że dotarliśmy na czas, to jeszcze trafiliśmy na dzień, gdy słońce nie było przykryte przez chmury.

Tego, czego doświadczyliśmy przez kolejne kilkadziesiąt minut, nie da się opisać za pomocą żadnych słów! Wyrazić to może (choć i tak nie w pełni) jedynie taśma filmowa lub ostatecznie klisza fotograficzna.

Zachód słońca – Ayers Rock (Uluru) Zachód słońca – Ayers Rock (Uluru)Wiedząc, że to jedyne sposoby na podzielenie się tym cudownym zjawiskiem z rodakami, wzięliśmy się ostro do pracy. Rozłożyliśmy ze Zdzisławem statywy, na których zamontowaliśmy kamery. Po ich włączeniu wzięliśmy aparaty fotograficzne, aby co kilka minut z tego samego ujęcia wykonywać zdjęcie. W ten oto sposób można zatrzymać czas i pokazać innym jak to Ayers Rock zmienia swój kolor w zależności od kąta padania słońca. Był to widok wspaniały, nieziemski, wręcz bajeczny. Jak jest się w Australii, trzeba koniecznie przyjechać w to miejsce. Jeżeli nie znajdziemy czasu na podróż do "świętej góry", wówczas nasz pobyt na Antypodach całkowicie traci sens, jest niepełny, by nie powiedzieć bezwartościowy.

Długo staliśmy tak przy naszych kamerach w stanie pełnego zauroczenia, zahipnotyzowani pięknem australijskiej matki natury. "Ocknęliśmy się" dopiero wtedy, gdy było już całkowicie ciemno. Schowaliśmy nasz sprzęt i pojechaliśmy na najbliższy Caravan park. To oznaczało kąpiel i nocleg w cywilizowanych warunkach.

Gdy dotarliśmy na miejsce, na parkingu spotkaliśmy mnóstwo ludzi z całego świata. Było bardzo zimno, 2-3 stopnie Celsjusza. Kapać się poszedłem w dresie i czapce naciągniętej na uszy. Jeszcze nigdy tak ubrany nie wchodziłem do łazienki. Na szczęście była ciepła woda i po chwili zrobiło się bardzo przyjemnie. Kąpiel przy Ayers Rock - to dopiero frajda. Przyjemność nie trwała jednak długo. Wraz z zakręceniem wody poczułem straszny chłód, który przeszedł przez moje ciało. Ponownie ubrałem się jak na silne mrozy i wróciłem do moich towarzyszy. Edi właśnie skończyła przyrządzać kolację. Pełni wrażeń po całym dniu z przyjemnością zasiedliśmy do stołu.

Ranek był nietypowy. Nie chowaliśmy łóżek jak zwykle, tylko odpaliliśmy naszą Toyotę i ruszyliśmy na wschód słońca przy Uluru. Trzeba było się spieszyć, aby nie spóźnić się na "przedstawienie".

Widok, podobnie jak przy zachodzie słońca, był niesamowity. Kolorem dominujący tym razem była mocna czerwień, która w miarę upływu czasu zmieniała się na kolor bardziej ceglasty, później jasnoczerwony i pomarańczowy. Ludzi podobnie jak wczoraj nie brakowało. Niektórzy, aby dobrze widzieć "pokaz" wchodzili na dachy swoich terenówek i stamtąd fotografowali ten cud natury. Po godzinnym podziwianiu wschodu słońca postanowiliśmy objechać górę dookoła, robiąc przy tym częste postoje. Zatrzymywaliśmy się po to, aby robić zdjęcia Uluru w różnych miejscach. Na szczyt Ayers Rock można było również wejść pieszo. My jednak szanując wierzenia rdzennej ludności, odstąpiliśmy od tego pomysłu. Pojechaliśmy do pobliskiego Centrum Kultury Aborygeńskiej, gdzie kupiliśmy trochę pamiątek, zjedliśmy ciepły posiłek i ruszyliśmy do odległej o 32 kilometry na zachód Kata Tjuta (Olgas). Jest to grupa 36 różnej wielkości monolitów skalnych. Tutaj zaliczyliśmy ze Zdzisławem 2,5 godzinny szlak "Valley of the Winds Walk". Nie było tam tak dużo turystów jak przy Ayers Rock, więc chociaż przez kilka chwil mogłem poczuć się jak XIX - wieczni odkrywcy, którzy szli w nieznane i poznawali te nowe tereny. Zmęczeni, ale z pełnymi rolkami filmów wróciliśmy do Edyty. Ruszyliśmy w dalszą drogę, by na nocleg zatrzymać się 10 km za Curtin Springs.
W niedzielę rano - 8 lipca - wyjechaliśmy bardzo wcześnie. Naszym celem było "Coober Pedy" oddalone od naszego postoju o dobre 700 km. Już po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się, aby teraz już spokojniej przyjrzeć się wielkiemu monolitowi "Mt. Conner". Przejeżdżaliśmy obok niego w drodze do Uluru, ale wówczas bardzo spieszyliśmy się na "zachód słońca" i poprzestaliśmy wtedy na paru zdjęciach wykonywanych z samochodu. Teraz zatrzymaliśmy się na "dłużej," czyli na całe… 15 minut. Przyjrzeliśmy się teraz tej skale dokładnie. Był to klasyczny przykład góry "stołowej". Nie było na niej wyraźnego szczytu. Cała górna część tego monolitu tworzyła równą, płaską powierzchnię, którą porównać można by do kuchennego stołu. Zbocza tego giganta wokół całego jego obwodu, pod wpływem działania wody i wiatrów kruszyły się, tworząc ogromne urwiska i osypiska. Byliśmy pod wrażeniem. Wykonaliśmy całą serię zdjęć. Uruchomiliśmy także nasze kamery. Perspektywa przejechania dzisiaj jeszcze 700 km spowodowała, że szybciutko pochowaliśmy nasz sprzęt fotograficzny i ruszyliśmy dalej. Po jakichś 180 kilometrach dotarliśmy do Erldunda. Zatankowaliśmy tutaj nasz bak do pełna i wyruszyliśmy ponownie na Stuart HWY. Po następnych 100 kilometrach dojechaliśmy do granicy stanu. Granica – Terytorium Północnego i Australii PołudniowejOpuszczaliśmy Terytorium Północne i wjeżdżaliśmy do Australii Południowej. Była to dobra okazja na krótki postój i drugie śniadanie. Tutaj spotkała nas niemiła przygoda. Z trudem spożywaliśmy nasz posiłek i piliśmy kawę, ponieważ bardzo skutecznie przeszkadzały nam w tym całe roje much. Nie spotkaliśmy ich w takich ilościach na trasie naszej całej dotychczasowej podróży. Było ich tutaj mnóstwo. Jakby na tej granicy urządziły sobie jakiś zlot. W zimie australijskiej spotyka się dużo mniej much niż latem- zaczął wywód Zdzisław. Byłem kiedyś w porze deszczowej na północy. Wówczas to przeżyłem horror. To już nie były tysiące, ale setki tysięcy, a może nawet miliony sztuk tych latających szkodników. Nie pomogły nawet specjalne siatki na głowę. Muchy wdzierały się wszędzie. Filmowanie było prawie niemożliwe. Aby przyłożyć oko do okularu trzeba było cały czas odganiać je ręką i błyskawicznym ruchem głowy przywrzeć do kamery. W przeciwnym razie te natrętne owady wchodziły do oczu, skutecznie uniemożliwiając "kręcenie". Dzisiaj to jeszcze ujdzie w tłoku, wcale nie ma ich tak dużo - podsumował Zdzisław, wyjmując następną muchę ze swojego kubka z kawą. W kubku Edyty i moim również nie brakowało amatorów kąpieli "w małej czarnej z mlekiem". Po krótkim czasie wyłowiliśmy jakoś tych intruzów i zanim nie wskoczyli następni, szybko wypiliśmy słodki płyn. Ta sama historia powtórzyła się z naszymi kanapkami. Najpierw trzeba było odgonić muchy, a później jednym kęsem połknąć śniadanie. Po zwycięskiej "bitwie" z owadami spakowaliśmy się i po przejechaniu 500 km poprzez ogromne i bezludne obszary, dotarliśmy do naszych przyjaciół Małgosi i Piotra Sołtysów w Coober Pedy, z którymi umówiliśmy się na stacji benzynowej.

W Coober Pedy ugościli nas Małgosia i Piotr SołtysowiePo zaparkowaniu naszej Toyoty na podwórku, skorzystaliśmy z zaproszenia gospodarzy i po kolei udaliśmy się do łazienki, aby zmyć kurz po tak długiej trasie. Już po chwili wszyscy odświeżeni siedzieliśmy przy stole. Cały wieczór spędziliśmy na miłej rozmowie z Gosią i Piotrem. Towarzyszyła nam ich córka Ania, która po krótkiej chwili nieśmiałości przyjęła nas również serdecznie, bawiąc się z nami. Nie odmówiła również wspólnego zdjęcia z "wujkiem" Romanem, które po powrocie do Polski obiecałem jej wysłać w prezencie. Piotr powiedział, że jutro będzie naszym przewodnikiem po mieście i okolicy. Uprzedził nas, że będziemy musieli bardzo wcześnie wstać. Z myślą o wczesnej pobudce, jak również zmęczeni długą podróżą, mimo miłego wieczoru z naszymi gospodarzami, postanowiliśmy szybciutko wskoczyć do śpiworów.

Następnego dnia rano obudziły nas krople deszczu uderzające w dach naszego samochodu. Po śniadaniu pogoda trochę się poprawiła, ale chmury nie znikły i towarzyszyły nam (niestety!) przez resztę dnia. Piotr "obwiózł" nas po okolicy. Szybko przejechaliśmy przez miasteczko, gdzie na każdym kroku można było zobaczyć różnego rodzaju szyldy z jednym wspólnym napisem "OPAL". Byliśmy w miejscu, gdzie znajduje się najwięcej opali na świecie. Ania Sołtys szybko zaprzyjaźniła się z 'wujkiem' RomkiemCoober Pedy założono w 1915 r. - objaśnił nam Piotr. Spotkać tutaj można ludzi ponad 50 różnych narodowości. Większość z nich swoje mieszkania zbudowała w dawnych szybach kopalnianych lub skałach, z których kiedyś wydobywano opale. Dzieje się tak, ponieważ w czasie pory letniej są one idealnym miejscem schronienia przed temperaturami przekraczającymi 50°C - skończył Piotr. Ostatnie zabudowania już dawno zostawiliśmy w tyle, przed nami zaś rozciągał się krajobraz nie z tej ziemi. Wydawało mi się, że jesteśmy na Marsie. Coś wam teraz pokażę ciekawego-powiedział nasz przewodnik. Mówiąc to szybko skręcił z głównego traktu na pustkowie. Zaraz zobaczycie pnie drzew, które mają miliony lat. Jak to możliwe -pomyślałem. Czy nasz gospodarz aby nie przesadza ? Piotr zatrzymał samochód i poprowadził nas na pustkowie. Po kilku chwilach krzyknąłem: Są! Są! Widzę je! Przede mną jakieś 100-150 metrów pojawiły się olbrzymie pnie drzew. Wystawały z ziemi niewiele, jakieś 20 centymetrów. Po chwili byłem przy nich, wziąłem do ręki odłamaną część pnia i jakież było moje zdziwienie. Poczułem w ręce, że nie trzymam drewno, tylko coś o wiele cięższego, jakby kamień. Już po chwili wszystko się wyjaśniło. Są to skamieniałe pnie drzew, ale nawet z bliska wyglądają tak, jakby drwale dopiero wczoraj ścięli rosnące tutaj drzewo i pozostawili pień - powiedział nasz gospodarz. To, co mnie zbulwersowało w tym całym zdarzeniu, to fakt, że tak cenne znalezisko w żaden sposób nie było zabezpieczone. Nie było tutaj żadnych tablic informacyjnych, jakichkolwiek ogrodzeń. To tak, jakby u nas na polu u Kowalskiego odkryto coś tak cennego i nikt by się tym nie zainteresował. Jest to w Polsce jak i w całej Europie nie do pomyślenia. W Australii, w której na olbrzymich obszarach wierzchnia część skorupy ziemskiej liczy setki milionów lat, takie znaleziska to codzienność i nie robią one takiego wrażenia jak w innej części naszego globu, gdzie zewnętrzna warstwa ziemi jest o wiele młodsza.

Okolice Coober PedyPo utrwaleniu tego fenomenu na kliszy filmowej, natrafiliśmy na olbrzymie ogrodzenie, którego ani końca, ani początku nasze oczy nie mogły dojrzeć. Teraz już wiem, że nie miałem prawa dostrzec początku ani końca tego "płotu", bo miał on długość… około 9600 km. Ogrodzenie to ciągnie się ze wschodniego wybrzeża na zachodnie i ochrania stada owiec z południa od dzikich psów dingo. Stąd jego nazwa "DOGFENCE". Po chwili pojechaliśmy dalej. Teraz Piotr zawiózł nas w miejsce, gdzie kręcono między innymi film pt. "Mad. Max III" z Tiną Turner. Było tutaj mnóstwo dziwnych wapiennych formacji skalnych, zapewne liczących miliony lat. Krajobraz ten tak mocno działał na ludzką wyobraźnię, iż posłużył filmowcom jako scenografia do filmu.

Kopalnia opali w Coober PedyPełni wrażeń wróciliśmy na obiad. Po krótkim odpoczynku Gosia z Piotrem zamienili się rolami. Teraz z naszą gospodynią pojechaliśmy zwiedzać miasto. Zaczęliśmy od hotelu, który prawie cały mieścił się w skale pod ziemią. W jego korytarzach było skromne muzeum wydobycia opali na tym terenie. Było mnóstwo zdjęć w gablotkach oraz makiet przedstawiających różne maszyny górnicze i rodzaje kopalni. Następnie udaliśmy się do sklepu z opalami, którego właścicielem był grecki znajomy Gosi. Oprowadził on nas po zapleczu i zaprezentował jak ze surowego kamienia po oszlifowaniu i po specjalnej obróbce powstaje wspaniała biżuteria. Na pamiątkę każdy z nas otrzymał garść nieoszlifowanych opali. Bardzo nas to zaskoczyło, byliśmy wręcz zdumieni. W rewanżu kupiliśmy dla najbliższych kilka oprawionych opali. Z pełnymi "workami" drogich kamieni udaliśmy się do miejscowego kościoła katolickiego, który jak na Coober Pedy przystało, mieścił się częściowo pod ziemią. Świątynia ta zrobiła na mnie duże wrażenie. Ta chwila pozwoliła mi "zatrzymać się" i wyciszyć. Zobaczyłem również, że Bóg swoje "mieszkanie" ma wszędzie, nieraz w takim dziwnym miejscu jak to.

Na kolację wróciliśmy bardzo zmęczeni. Nasi gospodarze zamówili chińszczyznę, która po 30 minutach znalazła się na stole, a po dalszych 15 w naszych żołądkach. Gosiu, Piotrze i Aniu, w tym miejscu w imieniu całej wyprawy chciałbym Wam podziękować za wspaniałą gościnę. Do zobaczenia następnym razem! Dzięki!

Rankiem pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi i opuściliśmy Coober Pedy udając do Adelaidy. Był to najdłuższy etap (800 kilometrowy) naszej podróży.
 
10-15 lipca 2001, wtorek-niedziela
We wtorek rano wstaliśmy bardzo wcześnie. Już o 7.15 Zdzisław włączył silnik naszej Toyoty i wyruszyliśmy do Adeleidy, gdzie wieczorem czekać na nas miała Kamila Springer - nasz "klubowicz". Po przejechaniu blisko 13.000 km, zbliżaliśmy się do "cywilizacji białego człowieka", do życia "w wielkim mieście". W uczucia moje na przemian wplatała się to radość, to smutek. Z jednej strony cieszyłem się, że zobaczę Kamilę wraz z rodzinką (w tym miejscu gorąco pozdrawiam Jadwigę i Zbyszka), a z drugiej strony ogarniał mnie żal, że wymarzoną Australię (czyli wielkie przestrzenie, czerwoną ziemię, i słynny "Dreamtime" Aborygenów) zostawiam już za sobą. No cóż, wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć. Tak już musi być. Jednak to jeszcze nie koniec mojego spotkania z Australią.

Sydney – Harbour Bridge i Opera HousePowoli zbliżałem się do miejsca, w którym wszystko się zaczęło - do Sydney. W mieście tym zaczęła się historia Australii, tutaj to zaczęła się również historia naszego klubu.

W roku 1788, po ośmiomiesięcznej podróży, jedenaście okrętów sławnej Pierwszej Floty, dowodzonej przez kapitana Arthura Philipa, rzuciło kotwicę w zatoce u ujścia rzeki Parramatta. Kapitan Philip nazwał tę zatokę Sydney Cove, od imienia ówczesnego brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych, Lorda Sydney i założył pierwszą osadę. Dzień 26 stycznia 1788 r. został uznany za oficjalną datę ustanowienia kolonii.

162 lata później, również w styczniu, do Sydney (drogą morską z Włoch) przybył mój wujek - Roman Malinowski ze swoją mamą i siostrą. Australię wybrał jako swoją drugą ojczyznę, będąc zmuszonym do emigracji po drugiej wojnie światowej.

170 lat po założeniu Sydney, w Bydgoszczy urodziłem się ja - Roman Malinowski i już od najmłodszych lat zacząłem pisać listy do mojego wujka, który zamieszkiwał na drugim końcu świata. Tak właśnie zaczęła się moja pierwsza miłość - wielka miłość do tego kraju. W tamtych dniach nie wiedziałem jeszcze, że jest to tak silne uczucie, że przetrwa dziesiątki lat i że tak długo pozostanie niespełnione.

Rok 1949 – ciocia Elżbieta i babcia Leokadia i wujek Roman płyną do Australii196 lat po założeniu kolonii, w Bydgoszczy w klubie "Belma" przy ulicy Grunwaldzkiej 50 miało miejsce pierwsze spotkanie Klubu Miłośników Australii i Oceanii. To pierwsze spotkanie klubowe było owocem setek listów i pocztówek, które otrzymałem od mojego wujka Romana z Antypodów. Tak naprawdę to on bowiem, właściwie nie zdając sobie wówczas sprawy ze znaczenia korespondencji, którą ze mną prowadził był prawdziwym "założycielem" i pierwszym prezesem klubu.

Dotychczas komunikowałem się z wujkiem jedynie za pośrednictwem poczty. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, nawet przez telefon. Gdy wyjeżdżałem z Coober Pedy, uświadomiłem sobie nagle, że już za około 2300 km będziemy ze sobą bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki. Radość z tego faktu nie była jednak pełna. Wiedziałem, że ręka mojego wujka nigdy nie zbliży się do mojej, ponieważ jego dłonie przysypane są 2,5 metrową warstwą ziemi australijskiej… Wujek nie żyje już od 20 lat. Radość z tego spotkania, przyćmiona była przez złość. Byłem zły na siebie za tak duże opóźnienie. Spóźniłem się 20 lat! Dokładnie tyle, ile dzisiaj liczy sobie nasz klub.

Adelaide – Granit Island. Od lewej: Edyta, Kamila , Zdzisław, Zbyszek, RomanWróćmy do naszej podróży do Adelaide. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Kamila czekała na nas na stacji benzynowej Shell’a, przy wjeździe do miasta. Po przywitaniu, czyli wielkich uściskach, już w dwa samochody pojechaliśmy na zakupy, a po jakiejś chwili wjeżdżaliśmy już na podjazd przy domku Kamili, Jadwigi i Zbyszka. Kolacja powitalna przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Nasi gospodarze pobili rekord gościnności. Planowaliśmy zostać tu na jeden dzień i po krótkim odpoczynku ruszyć w dalszą drogę. Jednak okazało się to nie możliwe. Usłyszeliśmy od Kamili oświadczenie: "Nie wypuszczę was tak szybko, musicie nam wszystko opowiedzieć, a tak w ogóle to wzięłam tydzień urlopu i pokażę wam miasto i okolicę." Jak postanowiła, tak i zrobiła. My natomiast, zamiast jednego dnia, zostaliśmy w Adelaide do 15 lipca 2001, czyli pięć dni.

W związku z tak długą (ale bardzo miłą!) przerwą w podróży, musieliśmy troszkę zmienić nasze plany. Otóż - z wiadomych powodów - w Sydney chciałem być dłużej (jakieś dziesięć dni), aby spokojnie zwiedzić miasto i "spotkać się" z wujkiem. Wyprawa nasza natomiast z Adelaide miała udać się do Melbourne, później Canberry, aby zakończyć naszą całą trasę w Sydney. Na to wszystko mieliśmy tylko 11 dni.

Postanowiliśmy zatem, że Edyta ze Zdzisławem pojadą naszą Toyotą do Melbourne i tam oddadzą samochód w wypożyczalni, a w dalszą podróż udadzą się już autobusem. Ja natomiast już z Adelaide autobusem udam się do Sydney. Wiedziałem, że automatycznie tracę pobyt i zwiedzanie dwóch ważnych miast Australii: Melbourne i Canberry. No ale cóż, coś trzeba było wybrać. Nie mogłem mieć wszystkiego. W niedzielę (15.07) rano pożegnałem moich towarzyszy, którzy długo namawiali mnie abym pojechał z nimi, ale oczywiście rozumiejąc moje racje nie byli zbyt natarczywi w swoim przekonywaniu. Po pożegnaniu się z naszymi gospodarzami, opuścili gościnną Adelaide. Ja zrobiłem to samo i wieczorem (ok. 21.00) tego samego dnia (z pomocą Kamili i Zbyszka) wyruszyłem autobusem do Sydney.

Po blisko 24 godzinach byłem na miejscu, gdzie czekał na mnie Roman Smutek (również nasz "klubowicz"). U Romka byłem siedem dni do 22.07 (niedziela). W tym czasie spokojnie mogłem zwiedzić miasto. Byłem tylko ja i Sydney.
 
16-26 lipca 2001
16 lipca 2001 (w dniu moich urodzin) o godzinie 19.35 autobus z Adelaidy, którego byłem pasażerem zatrzymał się na ostatnim przystanku. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem tabliczkę z napisem: "Sydney".

Adelaide – przed domem Kamili. Od lewej Zdzisław, Kamila, Jadwiga, Zbyszek, RomanDopiero teraz, pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że miejsce do którego zmierzałem przez całe moje życie, "przywitało mnie" w dniu dla mnie tak szczególnym, w dniu moich urodzin. Już od szkoły podstawowej myślałem tylko o jednym: Kiedy zobaczę to miasto? Sydney jest dla mnie nie tylko nazwą miasta gdzieś na końcu świata, ale także kojarzy mi się z miejscem, gdzie wszystko się dla mnie - i nie tylko dla mnie - zaczęło. Tutaj po drugiej wojnie światowej wyemigrował mój wujek, aby zacząć nowe życie. Tutaj zaczęła się "najnowsza" historia Australii. Od tego miejsca zaczęła się moja miłość do tego kraju, kraju kiedyś dla mnie tak nieosiągalnego (głównie z powodów finansowych).

Jestem w Sydney! Nie mogłem w to uwierzyć, myślałem, że śnię. Aby przekonać się, że to prawda chciałem się uszczypnąć, ale nie zdążyłem, bo podszedł do mnie, mieszkający w tym wielkim mieście, nasz klubowicz - Roman Smutek mówiąc: "Cześć! Nareszcie jesteś! Czekam tutaj już dobre pół godziny! Teraz musimy kawałek przejść piechotą, bo tutaj nie mogłem zaparkować samochodu".

Sydney – Darling HarbourPo następnych 30 minutach siedzieliśmy już u Romana w domu przy szklaneczce piwa i prowadziliśmy miłą dyskusję na różne tematy. Romek był zainteresowany głównie tym, co ciekawego słychać w Polsce, więc musiałem zrelacjonować "dokładnie" ostatnie miesiące w naszym kraju. Spać poszliśmy grubo po godz. 2 w nocy. Pobyt u niego był dla mnie jedną z ważniejszych rzeczy w całej naszej wyprawie. Tutaj nikt mnie nie poganiał. Gdy byliśmy w trójkę (Edi, Zdzisław i ja), musieliśmy w trasie "połykać" kilometry, aby zrealizować wszystkie nasze plany. Teraz nie musiałem "gonić". Spokojnie, bez nerwowego zerkania na zegarek, mogłem chłonąć atmosferę tego miejsca. Byłem tylko ja i Australia. Nie będę opisywał miejsc, które zwiedziłem w Sydney. To wszystko jest w przewodnikach. Będąc ograniczony ilością kartek naszego wydawnictwa, powiem tylko tyle, że chodząc po ulicach Sydney i oglądając widoki, które kiedyś (jako mały chłopak z podstawówki nr 2 w Bydgoszczy) oglądałem tylko na wspaniałych pocztówkach, pomyślałem sobie, że to może wszystko tylko piękny sen. Może tak bardzo tego pragnąłem, że umysł zabawił się mną i w nocy ofiarował mi taki wspaniały prezent?

Wiem, że to dziwie brzmi, ale tak właśnie chwilami się czułem i wcale nie jest to przenośnia. Autentycznie nie byłem pewny, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Muszę powiedzieć, że gdyby nie przedmioty materialne (didgeridoo, bumerangi, kasety z muzyką i wiele innych), które przywiozłem z Australii do Polski, być może nadal zastanawiałbym się, czy ta wyprawa nie była tylko pięknym wymysłem mojej bujnej wyobraźni.

Dziś wiem, że jednak to wszystko prawda. Jednak Ją poczułem, usłyszałem, zobaczyłem, dotknąłem. Wreszcie mogę powiedzieć: Byłem w Australii!

...spóźniłem się 20 lat, wujku nigdy cię nie zapomnę!!!Zbliżałem się do końca mojego dziennika. Chciałbym więc podzielić się na koniec z Tobą czytelniku jeszcze jednym, najsilniejszym i najpiękniejszym przeżyciem, z mojego pobytu w kraju czerwonych piasków. Najdłużej i najpełniej pamiętać będę wizytę na cmentarzu w Rookwood. Odwiedziny miejsca, w którym spoczywa mój wujek Roman Malinowski. Rozmawiałem z nim całą godzinę. Mówiłem i opowiadałem mu o wszystkim, o czym od zawsze chciałem z nim porozmawiać. Mam to nagrane na kasecie wideo. Nie wstydzę się łez, które popłynęły wtedy po moich policzkach.

Przepraszam wujku. Przepraszam, że spóźniłem się tyle lat. Wiedz, że zawsze o Tobie myślałem i zawsze będę myślał. Wujku, nigdy Ciebie nie zapomnę!

Na koniec chciałbym bardzo gorąco podziękować za gościnę: cioci Elżbiecie, Teresce, Gregowi, Stefanowi, Ewie i George’owi. Bardzo wam wszystkim dziękuję za wspaniałą gościnę. Ciociu zapraszam gorąco do Polski.

26 lipca 2001 potężny samolot wzniósł się w powietrze. Widoczność była wspaniała. Być może w taki właśnie sposób Australia żegnała mnie najpiękniej jak tylko potrafiła, ofiarowując mi podczas lotu najpiękniejsze swoje krajobrazy.

Sydney pozostało za horyzontem. W dole, 10 km pod nami, pozostawała bajecznie piękna kraina.

PS 1. Edyta, Zdzisław dziękuję Wam za wszystko. Gdyby nie Wy może Australia nadal byłaby dla mnie tylko miłością platoniczną. Dzięki Wam wreszcie mogłem spełnić marzenie mojego życia.
PS 2. Dziękuję gorąco mojemu synowi Markowi, za jego pomoc, bez której zapewne nie zdążyłbym oddać mojego rękopisu do drukarni
PS 3. Dziękuję bardzo wszystkim, których napotkałem na swojej drodze przez te 20 lat. Bez Waszej pomocy nie byłoby Klubu, tej wyprawy jak i tego Wydawnictwa.

Dziękuję, Roman Malinowski
Bydgoszcz, 28 października 2004, godz. 23.59