KLUB MIŁOŚNIKÓW AUSTRALII I OCEANII w Bydgoszczy  

UWAGA!

Z przyczyn niezależnych od KMAiO, zmianie
uległ adres naszej strony internetowej
z www.kmaio.bydg.pl na www.kmaio.polus.pl

Adres e-mail nie uległ zmianie.

VI Klubowa Wyprawa - do Nowej Zelandii i Australii (2009)

Drukuj
(12 głosów, średnia ocena 5.00 na 5)
[Kliknij wybrane zdjęcie, aby je powiększyć]
[Relacja jest pisana na gorąco podczas trwania wyprawy, czasami w trudnych warunkach, dlatego prosimy o wybaczenie, jeśli pojawią się jakieś błędy. Po powrocie zostanie w tym miejscu opublikowana dokładnie sprawdzona, wyczyszczona i uzupełniona wersja.]
Plany i zamierzenia
Zaczęła się kolejna wyprawa Klubu Miłośników Australii i Oceanii w Bydgoszczy na Antypody. Tym razem celem głównym jest - po raz pierwszy w historii KMAiO - miesięczna wędrówka dookoła Nowej Zelandii. Nie omieszkamy później na krótko, "wpaść" także do Australii, chociaż w przypadku piszącego te słowa (Lech) nie będzie to wcale taki krótki wypad, gdyż w planie jest dwutygodniowa wędrówka po Tasmanii (też nowość w naszym Klubie). My, tzn. nasza czwórka, to: Lidia i Lech Olszewscy, Jacek Gapiński i Krzysztof Barczewski.
Wieści z wyprawy - cz.1, Sobota, 24 października 2009
Dubaj

Dubaj

Dubaj

Dubaj

Dubaj

Dubaj

Bandar Seri Begawan

Bandar Seri Begawan

Bandar Seri Begawan

Bandar Seri Begawan

Bandar Seri Begawan

Bandar Seri Begawan

Auckland

Auckland

Nasza wyprawa zaczyna się intensywnie. Po niedzielnym (18 października), wieczornym locie z Bydgoszczy do Londynu noc spędzamy w hotelu w pobliżu Heatrow. Rano - Królewskimi Liniami Brunei - lecimy do Dubaju, gdzie spędzamy dwa dni w tym mieście cudów techniki architektury. Największe wrażenie robi najwyższy obecnie budynek na świecie Burdż Dubaj ze swoimi 120 piętrami i nie do końca ujawnioną wysokością ok. 900 m. Przewyższa o "głowę" swych i tak przepotężnych "braci". Nie mniejsze - chociaż może jednak ciut mniejsze - wrażenie wywołuje Burdż al-Arab - słynny siedmiogwiazdkowy hotel w kształcie żagla oraz będące ciągle jeszcze w budowie supernowoczesne metro i bajeczna w kształcie i pomyśle Wyspa Palmowa, Dżabal Ali.

Dwa dni szybko mijają i po całonocnym locie docieramy w godzinach rannych do stolicy Brunei, Bandar Seri Begawan na Borneo. Cały dzień jaki mamy do dyspozycji wypełniamy skwapliwie i pracowicie, wybierając się na dwie wycieczki po tym mieście. Zupełnie inny kraj, przebogata - w porównaniu z pustynnym Dubajem - zieleń, bajkowe świątynie, całe osiedla domów na wodzie.

Znowu całonocny lot, najdłuższy do tej pory, bo dziewięciogodzinny i lądujemy w Nowej Zelandii, celu głównym naszej podróży. W Auckland spędzamy dwa dni "zaliczając" co trzeba i można w tym czasie. Wjeżdżamy na wieżę telewizyjną, płyniemy jachtem po zatoce, zwiedzamy kilka muzeów i spacerujemy po mieście zwanym miastem żeglarzy. Ciekawostką, którą oglądamy podczas spaceru po marinie w Auckland jest sześciopiętrowy "garaż" dla, bagatelka, ok. 180 jachtów motorowych - jachtów przez duże "M". Jemy przeważnie lokalne "chińskie" jedzenie i w niedzielę rano (25 października) wyjeżdżamy na 27-dniową turę dookoła Nowej Zelandii. Zaczynamy od Wyspy Północnej...

Auckland

Auckland

Auckland

Auckland

Auckland

Auckland

Auckland

Auckland

Wieści z wyprawy - cz.2, Niedziela, 1 listopada 2009
Nasza grupa z Flying Kiwi

Nasza grupa z Flying Kiwi

Wellington - widok z okna Te Papa Museum

Wellington

Przystań wioślarska - Wellington

Wellington

Nasza grupa z Flying Kiwi

Maorysi i ja - Treaty House

Zachód słońca - Waiwera

Zachód słońca - Waiwera

Cztery Siostry - drzewa kauri

Cztery Siostry - drzewa kauri

Szlak rowerowy Rotary Ride

Szlak rowerowy Rotary Ride

Park Narodowy Tongarino

Park Narodowy Tongarino

Halo! Halo! Odzywa się znowu klubowa ekipa wyprawowa. Dokładnie tydzień minął jak wyruszyliśmy - z Flying Kiwi - na miesięczny trampingowy podbój Nowej Zelandii. Po przejechaniu ok. 1500 km po Wyspie Północnej dojechaliśmy do stolicy Nowej Zelandii, Wellington. W tym prześlicznie ulokowanym na wzgórzach nad zatoką mieście największe wrażenie zrobiło na nas olbrzymie multimedialne "Te Papa Museum" oraz Parlament. Odwiedzamy także, jakżeby inaczej, jedną z przystani wioślarskich.

Na początku - w najcieplejszym miejscu kraju Kiwi - Bay of Islands - było zimno i deszczowo, ale dalej już coraz cieplej i słoneczniej. Chociaż w nocy temperatura spada nawet do 2 stopni - na szczęście w plusie - a my śpimy przeważnie w namiotach - "jeszcze"... żyjemy.

Codziennie zmieniamy miejsce pobytu, codziennie też - przynajmniej dla nas - nowe wrażenia. W historycznym Treaty House bierzemy udział w maoryskim przedstawieniu muzyki i tańca, w okolicach Rotorua (Wai-O-Tapu) podziwiamy gejzery i gorące źródła oraz zażywamy kąpieli w ciepłych siarkowych wodach, w basenach urządzonych na wzór polinezyjski. Jednym z ciekawszych zjawisk geotermalnych w tych okolicach (Waiwera Hot Pools) jest możliwość - mimo niskiej temperatury morza i powietrza - wygrzania się po wieczornym odpływie w ciepłej - czasami wręcz gorącej - wodzie, która wydobywa się  z wykopanej na plaży w piasku "dziurze".

Na półwyspie Coromandel przeżywamy niesamowite doświadczenie pływania na "nieco" - według nas "trochę za nieco" - rozhuśtanym oceanie na... kajakach. Opływając pobliskie wyspy docieramy do słynnej w tym rejonie Jaskini Katedralnej.

Szacunek do czasu i przyrody robią rosnące w Waipoua Kauri Forest wiekowe, potężne drzewa kauri, w tym najstarsze z nich, bo liczące sobie bez mała 2000 lat Te Matua Ngahere (Ojciec Lasu) i Cztery Siostry - ogromne cztery pnie kauri wyrastające z jednego korzenia. Nie sposób naszymi obiektywami objąć całych drzew i trzeba, fotografując, "ciąć" je na kawałki.

Do dyspozycji mamy całkiem niezłe górskie rowery, z których najwięcej korzysta Krzysztof, ale i reszta grupy je wykorzystuje. Jedną z ciekawszych do tej pory przejażdżek było pokonanie świetnie przygotowanego, nieco górzystego, wijącego się pośród lasu deszczowego, wzdłuż rzeki Waikato szlaku "Rotary Ride", wiodącego od Wodospadu Huka do miasteczka Taupo, leżącego nad największym nowozelandzkim jeziorem o tej samej nazwie.

Jeśli dodamy do tego pokonanie szlaku pieszego "Tongarino Alpine Crossing", zakończoną sukcesem (smaczne, całkiem "niemałe", ryby) wędkarską morską wyprawę Jacka, zwiedzanie muzeów, pokonywanie - na szczęście autobusem - setek kilometrów oraz filmowanie, robienie zdjęć no i oczywiście "szlifowanie" języka Szekspira, to nieco dopełnia się obraz naszej wędrówki, w której czas goni niesamowicie.

Wieści z wyprawy - cz.3, Niedziela, 8 listopada 2009
Foki w Kaikouri

Foki w Kaikouri

Pływanie z delfinami

Pływanie z delfinami

Zaganianie owiec

Zaganianie owiec

Mt Cook

Mt Cook

Kamienne Kule

Kamienne Kule

Halo! Halo! I znowu minął tydzień. Jest następna niedziela tj. 8.11.2009. Cały ten tydzień podróżujemy po Wyspie Południowej, ale po kolei.

Z Wellington, 1 listopada, wieczornym promem, przeprawiamy się do najbardziej wysuniętego na północ Wyspy Południowej, niewielkiego miasteczka Picton, gdzie nocujemy w przytulnym hotelu YHA. Nazajutrz ruszamy w turę po Wyspie Południowej, a jest z nami także kilku uczestników z "Północy", już innym autobusem i z inną ekipą Flying Kiwi.

Dojeżdżamy do Kaikoura, pięknie położonej nad oceanem miejscowości wypoczynkowej, mającej w swojej panoramie - oprócz lazurowego oceanu - ośnieżony, pobłyskujący w słońcu, łańcuch górski. Jacek z Krzysztofem płyną oglądać wieloryby a ja z Lidką robimy długi, przecinający półwysep, spacer, mając możliwość z bliska przyglądać się, wygrzewającym się w wiosennym słońcu, fokom. Nazajutrz wszyscy pływamy - co prawda wyposażeni w specjalne ubiory - w mocno za zimnym jak dla nas oceanie, ale za to wspólnie z... delfinami. Trochę psuje się pogoda, ale i tak frajda nieziemska.

Po południu mamy w planie Christchurch, największe miasto na Wyspie Południowej. Pierwsze wrażenie jakie robi to miasto, to spokój. Wszystko w nim bowiem toczy się jakby na zwolnionych obrotach, leniwie, bez pośpiechu. Pogoda tym razem dopisuje i aż się nie chce wychodzić z będącego w wiosennej szacie Ogrodu Botanicznego.

W drodze na kamping zmuszeni jesteśmy do kilkuminutowego postoju na szosie, a to za przyczyną stada kilkuset przepędzanych owiec, mając przy okazji możliwość obserwacji zdumiewającej pracy psów pasterskich.

"Prawie" u stóp najwyższej góry Nowej Zelandii, Góry Cooka - tzn. widać, jak na dłoni, jego wybujałą, pośród innych ośnieżonych szczytów, postać - spędzamy noc na kampingu nad Jeziorem Pukaki. Nazajutrz przeszło trzy godziny maszerujemy, szlakiem Hooker Valley Track, pod czoło lodowca nad jeziorem Hook’a, stąd już tylko "na wyciągnięcie ręki" mamy Najwyższą Górę. W piątek z rana zajeżdżamy do Moeraki Bouldeers, w której piaszczystą plażę "wtopione" są, wyrzeźbione przez wiatr, morze i czas, olbrzymie, kamienne kule. Jest ich kilkanaście i mogą zrobić wrażenie. Kilka z nich rozpadło się już na kawałki. Czas jest bezwzględny, nawet dla tych potężnych kamieni.

Dworzec Kolejowy w Dunedin

Dworzec Kolejowy
w Dunedin

Ośnieżone szczyty w drodze do Milford

Ośnieżone szczyty
w drodze do Milford

Milford National Park

Milford National Park

Pingwiny w Milford National Park

Pingwiny
w Milford National Park

Papuga nowozelandzka Kea

Papuga nowozelandzka Kea

Na kilka kilometrów przed drugim co do wielkości miastem Wyspy Południowej, Dunedin na Mt. Cargill zatrzymujemy się i mamy możliwość podziwiania pięknej panoramy miasta. Przesiadamy się na rowery, by bardzo długim, miejscami całkiem sporym, zjazdem rozpędzać się w dół. Zatrzymujemy się przy reklamowanej jako najbardziej stromej ulicy świata - Baldwin Street.

W samym mieście, liczącym 123 tys. mieszkańców - z czego prawie 20 % to studenci - zatrzymujemy się na przeszło dwie godziny. Zwraca uwagę piękny dworzec kolejowy, kilka zabytkowych kościołów i ładne zwarte centrum. Tylko rzucamy okiem na sklep fabryczny "Catbury" (słynne wyroby czekoladowe). Nie starcza nam też już czasu na zwiedzenie Muzeum Sportu, co chcieliśmy zrobić, a które mieści się na piętrze dworca kolejowego. W drodze, do naszego dzisiejszego miejsca noclegowego Kaka Point Camping Ground, zajeżdżamy do Nugget Point Lighthouse - położonej na końcu skalistego, klifowego półwyspu, latarni morskiej.

W sobotę mamy spory kawałek do przejechania, blisko 6 godzin w autobusie. Zbliżamy się coraz bardziej na południowy-zachód, stąd blisko będziemy mieli do słynnego Milford National Park. Robimy przystanek nad Jeziorem Manapouri, zatrzymujemy się na krótko w Te Anau, a celem naszym jest Hollyford Camp. Bardzo inny od dotychczasowych. Pięknie położony, wciśnięty między pasma górskie, których wysokość przekracza 2000 m. Świetną sentencję charakteryzującą to miejsce można przeczytać na tablicy przy wjeździe "Słońce zachodzi tutaj w maju, a wschodzi we wrześniu" i może to być, ze względu na otaczające wysokie góry, prawdą. Dobrze jednak, że my tego nie doświadczamy i w Hollyford Camp witają nas nie tylko uśmiechnięci gospodarze, ale i przepiękne słońce. Dla nas małą niespodzianką jest brak prądu, ale nie tak zupełnie, o zmierzchu bowiem włączany jest generator i można ładować nasze urządzenia. O zasięgu telefonicznym, czy Internecie można jednak zapomnieć. Miejsce ma swój urok, który z lekka tylko zakłócony jest przez rzesze - próbujących dobrać się do naszej skóry - małych, paskudnych muszek.

Niedzielny ranek trochę mokry, choć nie padało, ale jesteśmy w sercu lasu deszczowego i wilgoć, dopóki nie wzejdzie słońce, czuć dosłownie wszędzie. Nie doczekawszy się jednak jego promieni, chociaż pięknie oświetlają one wysokie szczyty, jemy szybkie śniadanie, zwijamy na mokro namioty i w drogę. Autobus z niemałym trudem wdrapuje się w górę i w górę. Zza szpaleru drzew i krzewów, jedziemy jakby w zielonym korytarzu wspomnianego lasu deszczowego, przebłyskują skalne zbocza gór z ośnieżonymi wierzchołkami oraz niezliczone wodospady. Zatrzymujemy się przy jednym z górskich potoków, by nabrać do butelek świeżutką, krystalicznie czystą wodę. Dalej wdrapujemy się w górę i gdy docieramy do granicy śniegu wjeżdżamy w kilkukilometrowy tunel, który wiedzie już lekko w dół. Po jego przejechaniu zaczyna się prawdziwa karuzela, serpentyny zakręcają pod wieloma ostrymi kątami. Za moment otrzymujemy propozycję - nie do odrzucenia - dalszej jazdy w dół... rowerami. Decyduje się na to sześciu śmiałków, w tym Krzysztof i ja. Zaczyna się niezła jazda. Mało pedałowania, za to sporo hamowania. Trochę zimno, rozwijamy wszak "niezłą" prędkość a i wysokość nad poziomem morza ma w tym względzie coś do powiedzenia.

Największą jednak dzisiejszą frajdą jest dwugodzinny rejs statkiem po nowozelandzkich fiordach w Parku Narodowym Milford. Niesamowite widoki piętrzących się prosto z wody górskich zboczy, dziesiątki różnej wielkości i maści wodospadów, wylegujące się foki, super sympatyczne pingwiny oraz pływające delfiny.

W drodze na miejsce naszego noclegu (Te Anau Lakeview Holiday Park) zostawiamy grupę naszych piechurów. Przed nimi prawie trzydniowy, słynny Routeburn Track. Z naszej czwórki idzie tylko Krzysztof, ja z uwagi na kontuzję kolana, choć z wielkim żalem, muszę się wycofać. Ale... "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" - przynajmniej mam czas na poświęcenie kliku godzin na zredagowanie relacji z naszej wyprawy, popracowanie przy planach treningowych i kontakt e-mailowy, czego nie mógłbym zrobić, gdybym szedł razem z Krzysztofem.

Wieści z wyprawy - cz.4, Niedziela, 15 listopada 2009
Routeburn Track

Routeburn Track

Routeburn Track

Routeburn Track

Czy tą drogą można będzie jeszcze długo jeździć?

Czy tą drogą można będzie
jeszcze długo jeździć?

Czy ja nie zjechałem z właściwej drogi?

Czy ja nie zjechałem
z właściwej drogi?

Następny tydzień naszej wędrówki za nami. Po błogim leniuchowaniu w Te Anau - przyznać muszę, że czasami dobrze jest tak trochę zwolnić tempo - ruszamy w kierunku Queenstown. Pogoda, jak kobieta, zmienna jest i po raz pierwszy w autobusie włączamy ogrzewanie, czyli jest po prostu zi...mno, które na dodatek "wspomagane" jest lekkim deszczykiem.

Jacht Nowa Zelandia - niestety nie wypłynął

Jacht Nowa Zelandia
niestety nie wypłynął

Dawni wędrowcy

Dawni wędrowcy

Queenstown nocą

Queenstown nocą

Na kampingu Queenstown Lakeview Holiday Park już czekają  nasi piechurzy, w tym i nasz Krzysztof. Wszyscy jakoś "przeżyli". Część szlaku była jednak nie do przejścia i w związku z tym byli, na tym odcinku, transportowani helikopterem, mając tym samym dodatkową atrakcję, jednak nie za darmo (nic tu nie jest za darmo) - 55 NZD.

Pół wtorku i środy spędzamy w Queenstown. Lidka wybiera 90-minutowy rejs superszybką łodzią motorową Jet Boat (109 NZD), ja rejs nowozelandzkim jachtem, który walczył o Puchar Ameryki (150 NZD). Nietanie to przygody, ale w końcu jesteśmy w stolicy nowozelandzkiej przygody. Niestety moja przygoda szybciej się kończy niż zaczyna, gdyż okazuje się, że jest zbyt mało chętnych, by olbrzymi jacht wyruszył z portu. Żałuję, bo szykowało się niezłe przeżycie. Muszę zadowolić się spacerem po całkiem sympatycznym, tętniącym pełnią życia centrum miasta i po niezliczonych jego sklepikach z przeróżnymi pamiątkami. Wieczorem wszyscy spotykamy się w pizzerii (dobra pizza, dobre piwo) i robi się fajna atmosfera, którą tylko lekko zakłóca fakt, że to my płacimy sami za to, co zamawiamy.

Queenstown opuszczamy o godz. 15:00 a przed nami prawie trzy godziny jazdy. Krajobraz za oknem autobusu zmienia się. Ośnieżone szczyty gór wtopionych w wielkie jezioro Lake Wakatipu zostają zastąpione "łysymi", z lekka tylko porośniętymi zboczami. Mijamy winnice, sady owocowe - wszystkie jeszcze we wczesnowiosennej szacie. Zatrzymujemy się na tankowanie i krótkie zakupy w Cromwell. Po drodze podziwiamy, otoczone ośnieżonymi górami, jeziora Lake Hawea i Lake Wanaka, robiąc znowu kilka fotek. Ostatni odcinek, wzdłuż Jeziora Wanaka, nie męcząc się wielce - większość to zjazd - pokonujemy już na rowerach, mogąc cieszyć się niesamowitymi widokami.

Nocujemy w Boundary Creek Lake Wanaka (bush camp). Lekko wygłodzeni z dużym smakiem i ochotą zjadamy kolację (dzisiaj BBQ). Po zachodzie słońca temperatura otoczenia znacznie spada, ale my ubieramy się ciepło i siadamy wspólnie do ogniska rozpalonego nad brzegiem jeziora. Atmosfera niecodzienna, wokół wysokie ośnieżone szczyty gór, których zbocza spadają prosto do jeziora, szybko zapadający zmierzch i ciepło promieniujące z palonych w ognisku suchych, całkiem sporych kawałków drewna. Jest gitara - my też mamy w tej części swój udział - bębenki i smażone na kijach "cukierkowate gąbki", które chyba lepiej smakują bez przypiekania. Noc bardzo chłodna, ale wszyscy jakoś ją "przeżywamy".

Przesiadka na rowery

Przesiadka na rowery

Ognisko w Haast Beach Holiday Park

Ognisko
w Haast Beach Holiday Park

Nasz Iron Man - Krzysztof

Nasz Iron Man - Krzysztof

Agnieszka Oparska z mężem Markiem

Agnieszka Oparska
z mężem Markiem

Spotkanie z Agnieszką

Spotkanie z Agnieszką

Pąk paproci

Pąk paproci

Czwartkowa trasa przewiduje kilka widokowych postoi. Jeden z nich mamy w Blue Pools, zawdzięczającym swą nazwę błękitnej wodzie potoku, wodospadu, i miejsc nadających się - niestety nie o tej porze roku - do kąpieli. By dojść do celu idziemy przez ciemny las typu deszczowego. W drodze powrotnej do autobusu - ja idąc, jak zwykle ostatni, spotykam... sensacja... Agnieszkę Oparską, naszą klubowiczkę, która teraz na stale mieszka w Berlinie a teraz podróżuje po Australii i Nowej Zelandii ze swoim mężem Markiem. Co prawda wiedziałem, że Agnieszka chciała w tym czasie podróżować po Australii i NZ, ale możliwość spotkania była nieprawdopodobna - a jednak. Rozmawiamy chwilę, więc spóźniam się na zbiórkę (więcej niż zwykle, gdyż przeważnie i tak zjawiam się jako ostatni). Umawiamy się na kawę podczas dalszej części naszej wędrówki.

Po chwili zatrzymujemy się ponownie, tym razem po to, by chętni - wśród których nie mogło mnie zabraknąć - mogli ruszyć w 17 km trasę wiodącą z Haast Past do Pleasant Flat. "Wychodzę" na czoło mini peletonu, ale tylko po to by móc zatrzymać się kilka razy dla zrobienia po drodze kilku fotek. Droga miejscami wiedzie ostro w dół, między zboczami ośnieżonych gór, wzdłuż strumienia, który przez lata wyrzeźbił sobie w skale całkiem głęboki i wielce urodziwy kanion. Doganiam "peleton" przy Thunder Creek Water Fall, ale znowu mi "ucieka", bo za długo jestem przy wodospadzie. Jak zwykle docieram na miejsce zbiórki ostatni. Nocujemy w Haast Beach Holiday Park i ze względu na bardzo paskudny, zimny wiatr wiejący od pobliskiej plaży decydujemy się na wykupienie wspólnego pokoju, tym bardziej, że dopłata od osoby jest rzeczywiście niewielka (5 NZD). Wspólny wieczór, na szczęście, pod dachem zgromadził nie tylko naszych, ale i innych "mieszkańców" kampingu. Była gitara i wspólne polsko-nowozelandzko-australijskie śpiewanie, tylko nieznacznie wspomagane nowozelandzkim czerwonym, lekko cierpkawym winem. Tu jestem winny jeszcze jedną bardzo ważną informację. Nasz Iron Man Krzysztof spędził dzisiaj cały dzień na rowerze, pokonując ok. 120 km, czym wzbudził podziw i respekt nie tylko nas, ale całej naszej międzynarodowej grupy.

Wczorajsza wieczorna wichura zmienia (jak tu nie wierzyć w przesądy - 13 listopada, piątek) pogodę na pochmurną. Na szczęście - jeszcze - nie pada, a i wiatr jakby ustał.

Wyprawa na Fox Glacier - ale to nie my

Wyprawa na Fox Glacier
- ale to nie my

Fox Glacier

Fox Glacier

Fox Glacier i ja

Fox Glacier i ja

Główną atrakcją piątku jest czterogodzinna wspinaczka na lodowiec Fox, który powstał, według legendy maoryskiej, z zamarzających łez dziewczyny opłakującej śmierć ukochanego. Przygodę z lodowcem zaczynamy w miejscowości o tej samej nazwie jak lodowiec, ale najpierw musimy zapłacić firmie Fox Glacier Tour 95NZD. Zostajemy wyposażeni w raki, a jak ktoś nie ma odpowiednich butów, skarpet czy płaszcza przeciwdeszczowego to w ramach opłaty zastaje odpowiednio wyposażony. My, tzn. Lidka i ja - bo tylko my decydujemy się na lodowiec - potrzebujemy tylko raki, które do chodzenia po lodzie są niezastąpione. Firmowy autobus podwozi nas na parking i dwóch przewodników prowadzi nas do czoła lodowca. Aby wejść na lodowiec czeka nas jeszcze "mała" wspinaczka. Bardzo ciekawa ścieżka, specjalnie przygotowana (różnica wysokości przeszło 300 m, przygotowane w bardziej stromych miejscach przeszło 700 schodów, dwie drabiny), część szlaku zabezpieczona jest łańcuchami i w tych miejscach przewodnicy ze względów bezpieczeństwa nie pozwalają fotografować. Wchodzimy z kilkoma przerwami, a to dlatego, by nie zgrzać się za mocno (choć i tak, mimo nienajlepszej pogody, rozbieramy się przy podchodzeniu), gdyż na samym lodowcu temperatura znacznie spada i znowu trzeba przeprosić ciepłe rzeczy. Przed wejściem na lód zakładamy raki i w celu ułatwienia poruszania się dostajemy kije-laski zakończone szpikulcem. Na lodowcu idziemy wcześniej przygotowanymi ścieżkami i dopiero teraz wyjaśnia się sens dźwigania przez przewodników specjalnego czekana-kilofa. Służy on do sprawdzania gęstości lodu, czy ścieżka jest bezpieczna i do ewentualnego jej poprawienia. Przyznać trzeba, że wszystko jest bardzo profesjonalnie przygotowane i prowadzone. Mimo ogromu, jest to najdłuższy z przeszło 3000 nowozelandzkich lodowców, trochę rozczarowuje nas, w porównaniu z lodowcami norweskimi, szary kolor. Wygląda to na bród, ale szary kolor, według wyjaśnień przewodnika, to kamienie i miał skalny niesiony przez masy lodu. Na samym lodowcu przebywamy około godziny, a cała wyprawa trwa przeszło 4 godziny.

Zatrzymujemy się jeszcze, jadąc na dzisiejszy nocleg na "dzikim" kampingu w Okarito Beach Camp, w podobnej do Fox miejscowości Franz Josef, która oferuje wspinaczki i loty widowiskowe na inny, pobliski, bardzo popularny lodowiec, jakżeby inaczej, o tej samej nazwie, co miejscowość - Franz Josef Glacier.

Jacek na rybach ze swoim trofeum

Jacek na rybach
ze swoim trofeum

Nowozelandzki posum

Nowozelandzki posum

Obróbka zielonego kamienia - nowozelandzkiego nefrytu

Obróbka zielonego kamienia
- nowozelandzkiego nefrytu

Spacer po lesie deszczowym Elisabeth Walkway

Spacer po lesie deszczowym
Elisabeth Walkway

Pierwszy przystanek robimy w The Bushmans Centre. Już w autobusie wita nas jowialny farmer, żartami rzucając jak z rękawa, zapraszając nas do zwiedzenia swojego muzeum buszu i do obejrzenia filmu z czasów, gdy polował na jelenie. Po opłaceniu wstępu (4 NZD) zwiedzanie rozpoczynamy od obejrzenia filmu. Film wzbudza mieszane uczucia. Faktem jest, że jelenie w Nowej Zelandii (podobnie zresztą jak oposy) nie mając naturalnych wrogów, za to znakomite warunki życia, rozmnożyły się tak, jak króliki w Australii, stwarzając zagrożenie w równowadze ekologicznej środowiska. Sceny z polowania z użyciem helikoptera, jakkolwiek efektowne, nie dawały zwierzętom żadnych szans. Samo Centrum Buszu jest urządzone pomysłowo i z dużym humorem. Mamy po raz pierwszy możliwość zobaczenia na żywo - chociaż w klatce - oposów (posumów).

Następny postój mamy w jednym z większych miast na Zachodnim Wybrzeżu - Hokitika. Miasto znane w przeszłości z Gorączki Złota, teraz bardziej kojarzone jest z Festiwalem "Naturalnej" Żywności (wszelkie naturalne stworzenia, tzn. "robaki" i rośliny). Najbliższy taki festiwal odbędzie się jednak dopiero 13 marca i wówczas populacja tego 3,5 tysięcznego miasta zwiększy się pięciokrotnie, a ciągle przybywa chętnych do wzięcia udziału w tej imprezie. Bardzo ładne miasto, z piękną plażą, a przy tym największe w NZ miejsce obróbki nowozelandzkiego nefrytu (jade) - zielonego kamienia, bardzo cenionego przez Maorysów, a służącego im w tych czasach, z uwagi na niesamowitą twardość, do wyrobu narzędzi, broni i ozdób. W Jady Factory mamy możliwość obserwacji procesu obróbki tego szlachetnego kamienia oraz... zakupu kilku wyrobów jubilerskich, mogących być niecodziennym prezentem już w Polsce. Wysyłamy też kilka kart z pozdrowieniami z NZ. Zostało czasu tylko na krótki spacer po mieście i w drogę.

W kolejnym z dużych miast w tym rejonie, Greymouth, zatrzymujemy się tylko na tankowanie. Aż szkoda, ale nawet to nasze dosyć długie wędrowanie po NZ jest kwestią wyboru, nie można zwiedzić wszystkiego.

Główna dzisiejsza atrakcja jest jeszcze przed nami. Jest nią, położony w Rapahoe Range Scenic Reserve, blisko dwugodzinny pieszy szlak - Point Elisabeth Walkway. Nadmorska ścieżka wiedzie nad wysokim, klifowym brzegiem, pośród zmieniającej się różnorodnej roślinności lasu deszczowego. Od czasu do czasu szlak przybliża się do krawędzi klifu, skąd rozlega się widok na pobliskie wysepki. Szkoda tylko, że jest dość pochmurnie i wszystko dookoła jest jak gdyby lekko przytłumione. Jak zwykle schodzę ze szlaku jako ostatni mając wykonanych sporo zdjęć, przy czym najciekawsze może być zdjęcie makro jednego z symboli NZ, kłębuszka pąku zaczynającej rozwijać się paproci.

Przed nami już tylko dojazd, ale za to bardzo malowniczą, wijącą się wzdłuż nadmorskiego wybrzeża serpentyną, do kampingu Punakaiki Beach Camp, w którym planowany jest dwudniowy pobyt. Spośród kilku mostów, które pokonujemy, zwraca naszą uwagę most przez Gray River, który nie tylko, jak większość tutejszych mostów, jest wąski i jednopasmowy, ale dodatkowo przez ten jeden pas przebiegają tory kolejowe.

Początkowo nastawieni jesteśmy sceptycznie do spędzenia dwóch noclegów na kolejnym kampingu, ale gdy widzimy jak jest on usytuowany, obawy pryskają w jednej chwili. Położony nad nadmorską plażą (cały czas poruszamy się wzdłuż Morza Tasmana), wciśnięty między tajemnicze góry, przypominające mroczną atmosferę z filmowej wersji Władcy Pierścieni. Tak, z pewnością, możemy tutaj być dwa dni i tylko na wszelki wypadek, bo pogoda zaczyna się jednak pogarszać, wykupujemy czteroosobowy domek (dopłata niezbyt wygórowana - 7 NZD od osoby/noc).

Jeszcze tylko kolacja, a na niej sznycle, w których przygotowaniu razem z Lidką, jako "dyżuranci" bierzemy czynny udział, przegląd zrobionych zdjęć (w domku mamy ku temu znakomite warunki) i do wygodnych... łóżeczek.

Jak się okazuje wybór domku był znakomitym pomysłem, albowiem całą noc, jak i dzień, towarzyszy nam "krajowy" deszczyk. Całe przedpołudnie poświęcam na nadrobienie zaległości i uporządkowanie "dokumentacji" wyprawowej. Po lunchu pogoda niewiele się poprawia, ale decydujemy się na spacer i na "wizytę" w pobliskiej osadzie by "dostać się" do Internetu.

Czas, jaki spędzamy w NZ jest tak wypełniony, że nawet nie zauważamy faktu bliskiego końca naszego wędrowania po tym niezwykłym, ale już bardziej przyjaznym i swojskim kraju. Za tydzień o tej porze będziemy już w Australii. Zatem na następną relację - ostatnią z kraju Kiwi - zapraszam za tydzień.

Wieści z wyprawy - cz.5, Niedziela, 22 listopada 2009
Przygoda nie tylko dla odważnych - skoki spadochronowe

Skoki spadochronowe
nie tylko dla odważnych

Przygoda nie tylko dla odważnych - skoki spadochronowe

Skoki spadochronowe
nie tylko dla odważnych

Przydrożne skrzynki na listy

Przydrożne skrzynki na listy

Z pewnym opóźnieniem spowodowanym brakiem czasu - to prawie niemożliwe, ale na urlopie też może brakować czasu - przesyłamy następną relację. Cieszy fakt, a docierają nawet do nas na Antypody informacje, że nasze relacje są czytane i oczekuje się na następne. Zatem do rzeczy.

Celem długiej, bo prawie sześciogodzinnej, poniedziałkowej jazdy jest Park Narodowy Abla Tasmana, a konkretnie Old Macdonalds Farm w Marahau, gdzie przewidziany jest nocleg. Krajobraz zmienia się na bardziej "bieszczadzki". Góry jakby trochę mniejsze, więcej pastwisk, a im bliżej celu - więcej sadów, upraw winorośli i... chmielu. Największą dzisiejszą atrakcję stanowią skoki spadochronowe w Moteuka Airport. Sami niestety, chociaż aż korci, nie bierzemy udziału w skokach, bowiem barierą oprócz pokonania własnego strachu, jest cena (pełny skok w tandemie z filmowaniem - 499 NZD). Okazuje się, że samo obserwowanie przygotowań i skoków też jest frajdą.

Krzysztof rozpoławia skałę w Zatoce Tasmana

Krzysztof rozpoławia
skałę w Zatoce Tasmana

Rejs jachtem po Zatoce Tasmana

Rejs jachtem
po Zatoce Tasmana

Tak to można podróżować - rejs po Zatoce Tasmana

Tak to można podróżować
- rejs po Zatoce Tasmana

Czy te oklaski to dla nas? - rejs po Zatoce Tasmana

Czy te oklaski to dla nas?
- rejs po Zatoce Tasmana

Park Narodowy Abla Tasmana - wejście na szlak

Park Narodowy Abla Tasmana
- wejście na szlak

W miasteczku Moteuka robimy ostatnie zakupy, a parę kilometrów za miastem przesiadamy się na rowery. Trasa trudniejsza niż poprzednie, bo bardziej górzysta, ale za to bardzo malownicza. Mając nadzieję na znaczną poprawę pogody - takie też są prognozy - jeszcze wieczorem decydujemy się na jutrzejszy trzygodzinny rejs jachtem połączony z 4-godzinnym marszem Szlakiem Abla Tasmana.

Następnego dnia, punktualnie o godz. 9:00, spod recepcji kampingu, bus firmy Abel Tasman Sailing Adventures, zabiera nas do odległego o kilka kilometrów Kaiteiteri, naszego "portu", którym okazuje się być ładna, piaszczysta plaża. Po opłaceniu rejsu (cena specjalna dla Flying Kiwi to 70 NZD, normalne ceny są o 15 NZD wyższe) możemy zamustrować się na jacht. By tego dokonać zdejmujemy buty i podciągamy nogawki spodni, gdyż wskakujemy na pokład prosto z wody. Dwukadłubowy jacht ze "spokojem" mieści piętnastu "członków załogi", czyli nas turystów, i kapitana, który nie tylko nim jest, ale i wygląda jak wilk morski. Podróż rozpoczynamy na silniku, żagle rozpinamy dopiero na "pełnym morzu". Nie oddalamy się za mocno od brzegu, a to tylko dlatego, by można było podziwiać przepiękne piaszczyste zatoki, pobliskie wyspy i wysepki, harce fok i ptaki, dla których pobliskie wyspy i niedostępne wysepki stanowią znakomite schronienie.

Błogie leniuchowanie szybko się jednak kończy i podejmujemy się nowego wyzwania. Pokonujemy część kilkudniowego turystycznego pieszego szlaku Abel Tasman Coastal Track. Rozpoczynamy w miejscu gdzie zostawia nas jacht, czyli w Anchorage Hut w Zatoce Torrenta. Przed nami, wg planu, czterogodzinna wędrówka, której czas znacznie przekraczamy, a to z powodu naszego częstego zbaczania ze szlaku do wielu, rozmieszczonych przy trasie, punktów widokowych. Cały szlak jak i dojścia do ciekawych miejsc są znakomicie przygotowane, oznakowane i opisane. Schodzimy do wielu uroczych piaskowych plaż ulokowanych w ustronnych zatoczkach, przechodzimy przez dziesiątki mostków i kładek. Pokonując szlak mijamy zróżnicowaną roślinność od półpustynnej do typu lasu deszczowego, zadziwiającą nas wiosenną, budzącą się po "zimowym" zastoju w rożnych odcieniach i deseniach zielenią. Uwagę zwraca wielość i różnorodność paproci, które zadziwiają swymi rozmiarami, kolorem i pękami nowych liści, kuszącymi do zrobienia następnego zdjęcia. Wraz z nadchodzącym wieczorem przychodzi odpływ, który jest na tyle duży, że zmienia się widok plaż tak, że stają się one bardzo szerokie, odsłaniając nie tylko wielkie połacie piaszczystych łach, ale również udostępniają, wcześniej nieosiągalne przybrzeżne formy skalne.

Lądowanie Albatrosa - Park Narodowy Abla Tasmana

Lądowanie Albatrosa
- Park Narodowy Abla Tasmana

Abel Tasman Coastal Track

Abel Tasman Coastal Track

Paprocie wdzięcznym tematem fotograficznym - Abel Tasman Coastal Track

Paprocie wdzięcznym
tematem fotograficznym

Jedna z wielu ukrytych plaż wzdłuż Abel Tasman Coastal Track

Jedna z wielu
ukrytych plaż wzdłuż
Abel Tasman Coastal Track

Jedna z wielu ukrytych plaż wzdłuż Abel Tasman Coastal Track

Jedna z wielu
ukrytych plaż wzdłuż
Abel Tasman Coastal Track

Okazuje się, że Nowozelandczycy mają dobre prognozy pogody. Trafnie przewidzieli słoneczną pogodę na nasz rejs, trafnie też zapowiadają opady deszczu pod wieczór. Jak zaczyna wieczorem padać, tak pada całą noc, aż do rana. Namioty, które mamy do dyspozycji są całkiem niezłe, gdyż w środku oprócz całonocnego dudnienia kropel o tropik nic złego się nie dzieje. Na szczęście dla nas rano deszcz ustaje i w miarę spokojnie możemy zwinąć mokre jeszcze namioty. Dzisiejsze pakowanie jest nieco staranniejsze, gdyż wracamy wieczorem na Wyspę Północną. Prawie trzygodzinny postój w Nelson, podczas dzisiejszej nieco przydługawej jazdy, poświęcamy na spacer po mieście. Część z naszych współtowarzyszy podróży kończy w tym miejscu turę i żegnamy się robiąc sobie wspólną fotografię.

Do znanego już nam Picton docieramy tuż przed godz. 16:00, a dwie godziny później odpływamy promem do Wellington. Zanim statek wypływa na pełne morze pokonuje kręty wodny korytarz pośród wzgórz i zatok. Na pożegnanie Wyspy Południowej robię kilka zdjęć, ale pochmurna pogoda i zapadający szybko wieczór nie ułatwiają mi zadania. Do stolicy przypływamy już o zmroku. Czasu zostaje tyle tylko, by dojechać do naszego hostelu YHA. Mamy mały problem z rezerwacją noclegów, gdyż okazuje się, że rezerwację mamy na 18... października, a nie 18 listopada. Chwila nieuwagi, minimalne przesunięcie kursora podczas internetowej rezerwacji kosztuje, niestety, dodatkowo 60 NZD, czyli prawie połowę ceny jaką płacimy za czteroosobowy pokój.

Urok wiosny (Trytonia)

Urok wiosny (Trytonia)

Pożegnanie Wyspy Południowej - port w Picton

Pożegnanie Wyspy Południowej
- port w Picton

W drodze z Picton do Wellington

W drodze z Picton do Wellington

Następny dzień zaczynamy ranną wizytą w pobliskim supermarkecie, który swym rozmiarem i ofertą przypomina nam, że jesteśmy w stolicy. Wybieramy ciepłe gotowe dania: tackę z jajecznicą z boczkiem, pieczonym pomidorem, kiełbaską i bułeczką (8 NZD) i w hostelowej stołówce ponownie podgrzewamy. Naprawdę można się tym porządnie najeść. Krótki spacer po mieście (hostel znajduje się w centrum, niedaleko Muzeum Te Papa) i czas zameldować się na godz. 13:00 na zbiórkę do następnego autobusu Flying Kiwi, czekającego na nas na peronie 9 Centralnego Dworca Kolejowego.

Przed nami dzisiaj dużo "siedzenia" w autobusie, mamy bowiem ok. 7 godzin jazdy przerywanej postojami na kawę, lunch i kolację i krótkie spacery w małych miasteczkach. Dzisiaj jest dzień "no meals", czyli o jedzenie troszczymy się sami. Przed Taranaki podziwiamy, ale niestety tylko z okien autobusu, górujący ponad wszystko, ośnieżony szczyt wulkanu Mt. Taranaki (ponad 2500m n.p.m.). Nocleg w Onareo Bay Coastal Camp - ostatni w namiotach w NZ.

Rano, już o godz. 7:00, siedzimy w autobusie i ruszamy w trasę. Dzisiaj znowu dużo jazdy, a my zamykając dwa duże koła na obydwu wyspach kończymy objazd NZ. Po drodze mamy jedną z największych atrakcji w NZ - jaskinie Waitomo Caves. Spośród kilku opcji wybieramy (Lila, Jacek i ja) spacer wraz z przewodnikiem po głównej Jaskini Waitomo wraz z krótkim przepłynięciem się łodzią podziemną rzeką. Sama jaskinia, aczkolwiek ciekawa, nie wywiera na nas specjalnego wrażenia - widzieliśmy już chyba ciekawsze, natomiast zachwycające są świecące sufity tych jaskiń. Ten pasjonujący spektakl spowodowany jest tysiącami świecących larw owadów z rodziny moskitów.

Późnym popołudniem docieramy do Auckland i autobus podrzuca nas do naszego hostelu International YHA. To już jest koniec naszej tury, zostało nam tylko pożegnać się z naszymi podróżnymi przyjaciółmi, wymienić uściski i... e-maile.

Ośnieżony szczyt wulkanu Mt Taranaki

Ośnieżony szczyt
wulkanu Mt Taranaki

Miasteczko Taranaki

Miasteczko Taranaki

Opisanie życia w hostelach typu YHA mogłoby być tematem osobnej relacji. Międzynarodowe towarzystwo, nieoczekiwane spotkania. Dla nas takim spotkaniem jest spotkanie z Henrym, Polakiem "tułającym" się po świecie od dwudziestu paru lat, którego wiatry przygnały na jedną z wysp Oceanii - Niue. Barwna, strasznie sympatyczna postać, aż szkoda, że nie ma czasu, by się bliżej poznać. Na pożegnanie Auckland robimy sobie jeszcze długi wieczorny spacer po gwarnych ulicach weekendowego rozbawionego miasta.

Żywe symbole Nowej Zelandii

Żywe symbole Nowej Zelandii

Jaskinie Waitomo

Jaskinie Waitomo

Wracamy do cywilizacji - piątkowy korek w Auckland

Wracamy do cywilizacji
- piątkowy korek w Auckland

Kończy się więc nasza przygoda z Nową Zelandią. Trochę żal żegnać się z Wyspami, ale też ciągnie już nas do Australii do, miejmy nadzieję, miejsca następnych przygód i przeżyć. Tęsknimy już także za prawdziwym ciepłem, takim, jakiego doświadczyliśmy w Dubaju.

Kończy się też etap wspólnej wędrówki. Jacek z Krzysztofem i ja z Lidką będziemy od tego momentu realizować program australijski już osobno. Chociaż wszyscy lecimy do Sydney, rozdzielamy się już na lotnisku, na które przyjeżdżamy ok. godz. 5:30 jeszcze razem (tak jest raźniej, a przede wszystkim taniej). Spowodowane jest to późniejszą rezerwacją lotu Lidki i moją, gdyż nie od razu byliśmy zgodni co do kierunku lotu. Lidka była za Australią i za zobaczeniem legendarnego Uluru, ja optowałem za tygodniową wizytą na którejś z wysp Oceanii (np. Samoa, Tonga) i odpoczynku po miesięcznej "tułaczce". Tym bardziej, że ja byłem już pod Świętą Górą Aborygenów. Jak przeważnie w takich sytuacjach bywa "racje" Lidki przeważyły no i lecimy do... Australii.

Pożegnanie Nowej Zelandii na lotnisku w Auckland

Pożegnanie Nowej Zelandii
na lotnisku w Auckland

A teraz do Australii

A teraz do Australii

Z Lidką mamy więcej niż koledzy czasu do odlotu, więc spokojnie możemy co nieco przekąsić i trochę się jednak przepakować lub upakować jak kto woli. Nie wiedzieć czemu waga naszych bagaży "nieco" wzrosła a to za sprawą skrzętnie przez Lidkę i trochę przeze mnie zbieranych materiałów dla KMAiO. Odprawy jednak przebiegają w "miarę" sprawnie. Podczas krótkiej rozmowy z odprawiającą mnie Nowozelandką dowiaduję się, że jej mama pochodzi z Polski, sama jednak nie mówi po polsku. Zadziwia mnie stwierdzeniem, gdy wspominam o polskim śnieżnym Bożym Narodzeniu, że nigdy jeszcze nie widziała śniegu, a my tak niedawno stąpaliśmy po nowozelandzkim lodowcu... Niestety, mimo bardzo sympatycznej rozmowy musiałem przepakować z bagażu głównego 1,5 kilograma nadwagi (książki) do... kieszeni kurtki.

Samolot australijskich linii lotniczych Quantas, Boeing 737-800, z prawie kompletem pasażerów - na 168 miejsc w samolocie tylko kilka jest wolnych  - startuje zgodnie z planem i tym samym kończymy definitywnie naszą niesamowitą przygodę, pierwszą w historii naszego Klubu wyprawę do Nowej Zelandii. Krzysztof i Jacek już od prawie dwóch godzin są w powietrzu. Za wcześnie na podsumowanie, bowiem zbyt świeże są te wszystkie przeżycia, jest ich zbyt wiele. Prawie miesiąc w Nowej Zelandii to sporo. Doświadczyliśmy nawet więcej Nowej Zelandii, jak okazało się chociażby podczas rozmowy na lotnisku, niż niektórzy jego mieszkańcy, ale równocześnie za mało, by móc ją w całości ogarnąć. Z pewnością mimo straszliwego oddalenia, właściwie od całej reszty Świata, Nowa Zelandia stała się dla nas krajem bardziej bliskim, bardziej swojskim. A miało nie być podsumowań.

Następna relacja będzie już z pobytu w Australii, a więc do następnego razu.
I pamiętajcie - po kliknięciu na fotkę, będzie można zobaczyć ją w pełnej okazałości!

Wieści z wyprawy - cz.6, Niedziela, 13 grudnia 2009
Kilkupiętrowa choinka w QVB

Kilkupiętrowa choinka w QVB

Trudny wybór - Chińska Dzielnica w Sydney

Trudny wybór
Chińska Dzielnica w Sydney

Ruchome i śpiewające jasełka na wystawach sklepowych - czuć już Święta

Ruchome i śpiewające jasełka
na wystawach sklepowych
czuć już Święta

Australijski Idol - widownia pod Opera House

Australijski Idol
widownia pod Opera House

Australijski Idol - wielka scena pod Opera House

Australijski Idol - wielka
scena pod Opera House

Witam po długim milczeniu. Ciągle w drodze, mnóstwo zwiedzania i jednak brak czasu i możliwości by usiąść do pisania. I tak nie zdołam w czasie pobytu w Australii uzupełnić całej relacji i opisanie podróżowania po Tasmanii zostawię sobie po powrocie do Polski, a to już za parę dni. A więc do dzieła.

Podczas podchodzenia do lądowania w Sydney mamy możliwość podziwiania wspaniałej panoramy miasta. Dwukrotnie samolot zatacza w powietrzu wielkie koła, a my nie możemy odżałować, że nie siedzimy przy oknach i tym razem z fotografowania i filmowania nici. Z lotniska odbiera nas, czyli Lidkę i mnie, nasz wieloletni przyjaciel Georg’e. Podczas moich dotychczasowych trzech wizyt w Australii zawsze znajduję czas, by odwiedzić go w Sydney. Nie może być inaczej i tym razem. Mimo, że dzisiaj jest sobota i ruch na drogach nie jest za wielki dopiero po dobrych 45 minutach jazdy docieramy na miejsce. Sydney jest jednak olbrzymią metropolią i w zasadzie wszyscy mieszkańcy Nowej Zelandii mogliby się tutaj zmieścić, gdyż jest ich w przybliżeniu tylu, ilu mieszkańców tego największego australijskiego miasta.

Z wizytą u Ewy i Georg'a

Z wizytą u Ewy i Georg'a

Pomnik Królowej Wiktorii przy QVB

Pomnik Królowej Wiktorii
przy QVB

Bezpieczne spotkanie - Sydney Aquarium

Bezpieczne spotkanie
Sydney Aquarium

Sydney z okna kolejki Monorail

Sydney z okna kolejki Monorail

Wieczorny widok z Wieży Sydnejskiej

Wieczorny widok
z Wieży Sydnejskiej

Jesteśmy chyba dobrymi, bo niezbyt kłopotliwymi gośćmi, gdyż nie zagrzewamy zbyt długo miejsca w gościnnym domu Georg’a i Ewy i już o godz. 16:20 siedzimy w autobusie jadącym do City. Ten autobus to nowość, gdyż ostatnim razem jedynym sposobem dostania się do City była jazda koleją, której przystanek oddalony był o ok. 10 km. Teraz przystanek autobusowy jest dosłownie przy domu Georg’a i Ewy i to pomogło podjąć nam szybką decyzję wyjazdu do centrum miasta.

Po przeszło godzinnej jeździe wysiadamy przy Queen Victoria Building i od razu jesteśmy w innym świecie. Wrażenie robi nie tylko sam QVB - tu już byliśmy - ale kilkupiętrowa choinka z 60 tysiącami światełek. Choć do Świąt jeszcze miesiąc, tutaj już czuć gwiazdkową atmosferę. Przypominając sobie "stare kąty" przechadzamy się przez Sydney Harbour, George Street i Chińską Dzielnicę. W tej ostatniej, w jednej z chińskich restauracyjek-jadłodajni z dużym trudem, spośród niezliczonych propozycji różnych wschodnich kuchni wybieramy coś dla siebie, przy czym nie do końca jesteśmy z tego wyboru zadowoleni. Nie ma to jak polsko-chińskie danie - kurczak o pięciu smakach. W okolicach Opery House istne tłumy ludzi. Jest sobota, ciepło, wszystkie okoliczne kawiarnie, restauracje i puby, w tym te na wolnym powietrzu, pękają w szwach. Dla nas bardziej interesująca jest próba wielkiego show, finału australijskiej wersji Idola. Olbrzymia scena wypełniona muzykami, chórkami, tancerzami. Na schodach wiodących do słynnej Opery, jak w amfiteatrze tłumy, widzów. Za widownią podświetlone żagle Opery a tuż obok w tradycyjnej nocnej iluminacji świetlnej sydnejski Wieszak, czyli słynny Harbour Bridge. Czego chcieć więcej na powitanie Australii w Sydney. Australijskie ikony techniki i architektury, świetna muzyka i cieplutki wieczór. Robi się późno i z pewnym żalem opuszczamy imprezę. Po przeszło godzinnej jeździe autobusem już po 22:00 docieramy do domu Ewy i Georg’a.

Niedzielna, niespieszna pobudka i dłu...gie śniadanie. W końcu spory czas się nie widzieliśmy i chociaż od czasu do czasu rozmawiamy przez telefon, to jednak nie to samo, co spotkanie i rozmowa na żywo. I dzisiejsze popołudnie spędzamy w City, jednak tym razem z Georg’em, który po raz pierwszy jedzie do City autobusem, i kuzynką Ewy, która od dwóch tygodni też gości w Australii. W drodze do Sydney Aquarium wstępujemy jeszcze raz do QVB. W Aquarium byliśmy już z Lidką 12 lat temu. Muszę przyznać, że wówczas wywarł na nas większe wrażenie, wydawało nam się bogatsze, nowsze, bardziej zadbane. Chociaż przyznać trzeba, że spędziliśmy w nim prawie dwie godziny, nic a nic się nie nudząc. Obiecywałem sobie, przed przylotem do Sydney, że tym razem przejadę się kolejką Monorail. Tak też robimy. W kółko jeżdżąca po centrum City jednoszynowa kolejka pozwala spojrzeć na nie z innej perspektywy, choć i tak unosząc nas nad ziemią, czujemy się z lekka przytłoczeni ogromem otaczających nas drapaczy chmur. Z kolejki wysiadamy przy Sydnejskiej Wieży, wykupujemy bilety (25 AUD) i po chwili możemy podziwiać w pełnej krasie, to przepięknie położone pośród wielu zatok i zatoczek, miasto. Dzisiejsze wieczorne City nie przypomina atmosferą tego wczorajszego. W niedzielny wieczór mieszkańcy Sydney myślą już zapewne o jutrzejszym dniu pracy.

Do atmosfery niedzieli przystosowuje się również nasz autobus a to przez swój rozkład jazdy. Wracamy ostatnim (godz. 21:11) a i tak nie dowozi on już do końca i na ostatnim dzisiaj przystanku czeka Ewa, zabierając nas do domu.

W poniedziałek rano Georg’e podwozi nas na lotnisko. Okazuje się, że miał rację przewidując dłuższy czas jazdy niż w sobotę. Utrapienie wszystkich większych miast w godzinach szczytu - korki na ulicach i drogach dojazdowych. Na lotnisko dojeżdżamy na czas, odprawimy się indywidualnie przy specjalnych stanowiskach komputerowych i znowu lecimy. Taki sam samolot linii Quantas, jakim lecieliśmy z Auckland, ma dzisiaj do pokonania 2016 km, co zajmuje mu nieco ponad trzy godziny. Wysiadamy prosto na płytę niewielkiego, porównywalnego rozmiarami z bydgoskim, lotniska i jesteśmy w zupełnie innym świecie. Dookoła czerwonawa ziemia, zupełnie inna szata roślinna, ale w porównaniu z upalnym Sydney, lekko zaskakuje nas pogoda. Słońce, co prawda, przebija się poprzez zachmurzone niebo, ale jest trochę wietrznie i bynajmniej nie jest to ciepły wiaterek.

Simpsons Gap

Simpsons Gap

Standley Chasm

Standley Chasm

Ochre Pits - Miejsce wydobywania ochry przez Aborygenów

Ochre Pits
Miejsce wydobywania
ochry przez Aborygenów

Ormiston George

Ormiston George

Ormiston George - Drzewa duchy na klifowych zboczach gór

Ormiston George
Drzewa duchy na
klifowych zboczach gór

West MacDonnell Ranges z lotu ptaka

West MacDonnell Ranges
z lotu ptaka

Jednak pewniej czuję się na ziemi

Jednak pewniej
czuję się na ziemi

Orzeźwiająca choć niecodzienna kąpiel - Ellery Creek Big Hole

Orzeźwiająca choć
niecodzienna kąpiel
Ellery Creek Big Hole

Powrót do Alice

Powrót do Alice

Zastrzeżona strefa

Zastrzeżona strefa

Shuttle Busem udajemy się z lotniska do centrum Alice Springs, gdzie meldujemy się w Hostelu YHA. Mamy zarezerwowany, na naszą ostatni wspólny dzień w tej podróży, wygodny, dwuosobowy pokój. Idziemy na obiad i jako, że jutro nasze drogi turystyczne się rozchodzą, pozwalamy sobie na odrobinę szaleństwa i spożywamy go w restauracji. Na ulicach sporo wysiadujących na trawnikach Aborygenów. Wielu z nich sprzedaje swoje malowidła wykonane tradycyjną metodą kropkową. Jedno z nich, po krótkim targu, nabywamy za całkiem przyzwoitą cenę 50 AUD. Wykupujemy nasze tury: Lidka 3-dniową do Uluru, Kings Canyon i Mt Olgas, ja dwie jednodniowe do West MacDonnell Ranges i Palm Valley & Hermannsburg Mission. Jeszcze małe zakupy spożywcze, mała kolacja, dopakowanie naszych bagaży i idziemy spać.

Wstajemy bardzo wcześnie, Lidka ma bowiem wyjazd swojej tury już o godzinie 6:00. Kilka minut przed wyznaczonym czasem przewodnik firmy Rock Tour, dosłownie "zabiera" mi Lidkę. Ledwie starcza czasu na krótkie pożegnanie i już Lidka wyrusza na ostatnią, w tegorocznej turze, przygodę. Wraca za trzy dni, gdy ja już siedząc w słynnym pociągu Ghan, będę jechał do Adelaide. Tak więc spotkamy się dopiero 17 grudnia, gdy ja wrócę do domu.

Moja tura rusza o godz. 7:45, mam więc jeszcze sporo czasu, aby dokończyć śniadanie oraz przenieść Lidki i moje główne bagaże do przechowalni. Wieczorem, na dwie noce, zmienię nasz przytulny pokoik na łóżko w czteroosobowym pokoju. Tak jest znacznie taniej a i tak do pokoju przychodzimy tylko spać. Podobnie Lidka po powrocie ze swojej tury ma zarezerwowane, też w czteroosobowym pokoju, tylko łóżko do spania. Można było spać jeszcze taniej, bo w 12-osobowym pokoju, no ale bez przesady - chociaż, gdyby nie było innej możliwości...

Mój przewodnik-kierowca podjeżdża pod hostel zgodnie z planem i tu niespodzianka. Okazuje się nim być teraz Australijczyk, ale urodzony w Polsce, w Przemyślu, czterdziestolatek, który wyjechał z Polski mając 13 lat. Niewielka, bo 9 osobowa grupa turystów i świetny przewodnik z dużym znawstwem i pasją oprowadzający nas po naprawdę interesujących miejscach West MacDonnell Ranges. Pierwszy przystanek robimy przy pomniku poświęconym twórcy instytucji latającego doktora w Australii, którym był Jean Blanch Flynn.

W ostrym blasku porannego słońca idziemy wyschniętym korytem rzeki, która przez wieki (w czasach swojej obfitości), przecięła - rude od zawartego w skałach tlenku węgla - pasmo górskie. W przejściu, z rwącej rzeki podczas opadów, pozostało jedynie niewielkie bajorko.

Standley Chasm, do którego dojeżdżamy po kolejnych kilkunastu minutach, to następne miejsce "rozerwania" pasma gór. Tym razem, by się do niego dostać, pokonujemy spory trakt wijący się w górę, wśród kamieni i zielonej półpustynnej roślinności. Trakt wiedzie, jakżeby inaczej, korytem suchego strumienia i kończy się małą wspinaczką po sporej wielkości głazach.

Poranna herbata z ciasteczkiem zaserwowana przez naszego przewodnika i dalej w drogę. Następną atrakcją jest miejsce zwane Ochre Pits, miejsce ważne w przeszłości dla nie tylko okolicznych Aborygenów a związane z pozyskiwaniem z pobliskich skał kamieni służących im do rytualnego malowania ciał i medycyny. Występują tutaj, świetnie nadające się do tego, miękkie skały w różnych kolorach (najważniejsze: Ochra biała, czerwona i żółta) o różnym znaczeniu dla używających ich od blisko 30000 lat pradawnych mieszkańców tych ziem. By jej użyć do rytualnego malowania ciał ochrę mieszano z wodą lub tłuszczem zwierzęcym.

Następnym naszym przystankiem jest Ormiston George, gdzie mamy możliwość przeszło godzinnego marszu szlakiem Larapinta Trail. Pniemy się mocno w górę, by po chwili dojść, poprzez kilka punktów widokowych, do klifowych zboczy górskich wyrzeźbionych przez miliony lat przez naturę.

W niczym nie da się jednak porównać następnej przygody, którą serwuję sobie za niezbyt wygórowaną, jak na australijskie warunki, cenę - 50 AUD, a mianowicie siedmiominutowego lotu helikopterem nad górami West Macdonnell w Glen Helen. Wiele razy leciałem samolotami różnej maści, ale ten jest szczególny, nie tylko poprzez wspaniałą panoramę rozciągających się na wiele kilometrów Gór Macdonnella (całe pasmo liczy sobie przeszło 600 km), ale bardziej chyba z powodu tego, że ten helikopter nie ma... drzwi. Przypięty jedynie zwykłym, jak w samolocie pasażerskim pasem, przy przechyłach, które pilot "wyczynia" tym niewielkim urządzeniem latającym powodują to, że nie wiem, czy bardziej mam się skupić na trzymaniu (właściwie opieraniu) się rękoma, by nie wypaść, czy na podziwianiu widoków i robieniu zdjęć. W jakiś dziwnie niepojęty, nawet dla mnie, sposób udaje mi się te wszystkie czynności jakoś pogodzić. Dość powiedzieć, że nie wypadam z helikoptera, robię sporo zdjęć a i co nieco udaje mi się urwać dla siebie z piękna i ogromu liczącego przeszło 300 milionów lat pasma górskiego.

Ostatnim punktem naszego dzisiejszego objazdu jest Ellery Creek Big Hole, do którego docieramy jadąc już nieasfaltowaną drogą. Można tu zażyć kąpieli w niewielkim, bo około stumetrowej średnicy, lecz blisko czterdziestometrowej głębokości, jeziorku. Miejsce to utworzone zostało przez masy wody spadającej przed wieloma milionami lat, z wodospadu, w czasach, gdy wysokość gór w tym miejscu przekraczała 10000 m. Początkowo bardzo niechętnie odnoszę się do tego pomysłu (dość na dzisiaj ekstremalnych wyczynów), tym bardziej, że według informacji przewodnika woda może być zimna i jakoś nikt specjalnie do tej kąpieli się nie garnie. Piękne, niezwykłe miejsce, znacznie lepsza niż wczorajsza, ciepła pogoda, więc z pewną dozą ostrożności sprawdzam temperaturę wody. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że nie jest tak źle, a właściwie jest bardzo dobrze. Woda, nawet dla mnie jest wyśmienita, zażywam więc orzeźwiającej kąpieli, że aż nie chce się wychodzić z wody. Pozostaje nam tylko dojazd do Alice Springs. Robię zakupy na kolację, którą przyrządzam sobie w hotelowej kuchni i idę spać. Jutro następna przygoda. A Lidka dzisiaj śpi w swagu pod gołym niebem w pobliżu King’s Canyon. Ciekawe jak przebiega jej tura.

Dzisiaj druga z zaplanowanych całodniowych tur w okolice Alice Springs, tym razem do Palm Valley. Firma turystyczna z "wyższej" półki i to zupełnie przypadkowo. Otóż przy wykupywaniu moich tur zapytałem się o możliwość obniżenia ceny, skoro biorę "aż" dwie naraz. Pani w biurze turystycznym podzwoniła i znalazła najtańszą propozycję w firmie AAKing Australia, gdzie normalna cena wynosi ok.169 AUD a ja otrzymałem ją za 112. Niezła cena. Gdy sporej wielkości terenowy bus podjechał rankiem pod mój YHA zrozumiałem dlaczego otrzymałem zniżkę. Na dwadzieścia dwa miejsca tylko siedmiu pasażerów, a do naszej dyspozycji był kierowca i przewodnik. Praktyczne podejście, lepiej mieć 112 AUD niż nie mieć. Ja w tym towarzystwie, nie licząc obsługi, jestem chyba najmłodszy, ale wcale mi to nie przeszkadza. Wolniejsze poruszanie się grupy wykorzystuję na szukanie tematów do ciekawych zdjęć. A jest co robić.

Pierwszym dzisiejszym punktem jest stara, założona w 1877 roku przez luterańskich misjonarzy, pierwsza w tym rejonie, misja chrześcijańska The Finke River Mission (znana później jako The Hermannsburg Mission). Miała ona na celu nawracanie i przystosowywanie do życia w "białej" cywilizacji tutejszego plemiona aborygeńskiego Arrernte. Kilkanaście zabytkowych już dzisiaj zabudowań: kościółek, warsztaty, pomieszczenia mieszkalne stanowią pamiątkę tych czasów, które ilustrowane są także przez dziesiątki starych fotografii z życia codziennego misji.

Hermannsburg do dzisiaj jest osadą zamieszkałą przez Aborygenów. Ich domy na tym pustynnym terenie rozlokowane są wokół starej misji. Tutaj - w latach 1902-1959 żył i tworzył najsłynniejszy malarz aborygeński Albert Namatjira i tutaj, na terenie misji, znajduje się małe muzeum-galeria jemu poświęcona.

Ruszamy dalej i już po krótkim czasie kierowca musi przełączyć napęd na cztery koła, gdyż zjeżdżamy z drogi asfaltowej i zaczyna robić się małe safari, a przy przejeżdżaniu przez wyschnięte koryta strumieni trzęsie niemiłosiernie. Wzdłuż drogi podziwiamy rdzawego koloru nagie skaliste zbocza gór i robi się coraz bardziej pustynnie. Naszym celem jest kolejny wybryk natury, który już z kolei, znajdująca się w Finke George National Park Dolina Palmowa. Rośnie tutaj jedyny na świecie specjalny gatunek palm pamiętający czasy Gondwany, który świetnie przystosował się do obecnych pustynnych warunków. Spacerujemy szlakiem wiodącym przez płaskowyż wypalonych słońcem czerwonych skalnych wzgórz mając w dole oazę zielonych palm.

Pełni nowych wrażeń, późnym popołudniem, wracamy do Alice Springs. Wieczorem udaję się na pobliskie Wzgórze Pamięci, by móc obserwować zachód, szybko skrywającego się za zachodnim pasmem gór MacDonnell Ranges, słońca.

Palmy w Palm Valley

Palmy w Palm Valley

Formacje skalne w Finke George National Park

Formacje skalne w Finke
George National Park

W Alelaide już czuć Święta

W Alelaide już czuć Święta

Czwartek - przed południem oddaję rzeczy do przechowalni i wybieram się na spacer po mieście. Krótki, bo przed godz. 12:00 muszę zameldować się na stacji kolejowej, by odprawić się do czekającego już na peronie od kilku godzin, jednego z najsłynniejszych pociągów w świecie, The Ghan. Odprawa prawie jak na lotnisku. Muszę trochę "odchudzić" swój bagaż główny, który nie może przekraczać 20 kilogramów. Mam wykupioną spośród kliku opcji oczywiście najtańszą wersję podróży Red Seat, czyli miejscówkę w wagonie z dużym wygodnym fotelem. Szukam chwilę, pociąg jest strasznie długi, swojego wagonu. Znajduję wagon i swoje w nim miejsce, ale czeka na mnie "niespodzianka"... - moja bardzo gruba australijska sąsiadka, mająca wokół siebie mnóstwo torebek z.... konsumowanym jedzeniem. Jakoś się przeciskam , ale w fotel wciska mnie nie tylko mój własny ciężar, ale przede wszystkim bardzo intensywny zapach. Jeszcze dobrze nie ruszamy kiedy moja sąsiadka otwiera sporej wielkości pudełko z... kiełbasą, o zapachu przypominającym zapach naszej gotowanej białej kiełbasy, spokojnie ją spożywając. Oj ciężka to będzie podróż.

Pociąg rusza i na chwilę zapominam, choć jest to prawie niemożliwe, o otaczających mnie oparach zapachów. Szybko opuszczamy ostatnie zabudowania Alice Springs i zaczyna się za oknem rozciągać, niby ten sam, ale przecież ciągle zmieniający się, obraz czerwonego pustynnego buszu. Niespodziewanie nadciąga dla mnie odsiecz. Jedna z par siedzących za mną wykupuje przedział w wyższej klasie i ja niezwłocznie wykorzystuję tę sytuację szybko zmieniając swoje miejsce. Okazuje się to z korzyścią dla nas obu. Moja, była już sąsiadka, ze spokojem rozkłada się ze swoim jedzeniem na dwóch fotelach, a i ja mam dwa fotele do dyspozycji. Mogę już tylko konsumować widoki za oknem przemierzającego przez bezmiar buszu pociągu, ale jeszcze musi minąć sporo kilometrów zanim decyduję się na przegryzienie czegokolwiek. Myślę, że spotkanie z moją kolejową sąsiadką mogłoby być niezłym sposobem na odchudzanie.

Pociąg jedzie i jedzie, ale czasami zwalnia a z głośników dochodzi wówczas informacja o ciekawszych miejscach które mijamy. Zapada noc, za oknem nic nie widać także prawie cały pociąg - z wyjątkiem, mam nadzieję, maszynisty - zasypia.

Budzę się jeszcze przed wschodem słońca mając nadzieję na niepowtarzalny widok i niezłe zdjęcia a tu niespodzianka. Już słońce chce wyjść spoza horyzontu a tu pociąg robi psikusa i skręca - a tak długo w ogóle nie skręcał - w kierunku wschodnim, zakrywając przed nami całkowicie, codzienny poranny spektakl.

Od Port Augusta pociąg jedzie przez bardziej zurbanizowane i przemysłowe tereny i strasznie się wlecze ale i tak przed rozkładowym czasem dociera na stację Adelaide Parklands Terminal.

Piątek - cały dzień spędzam u przegościnnych moich gospodarzy - Kamili i  jej Rodziców. Pogoda niezbyt dopisuje ale i tak robimy wypad do City na spacer i na obiad. Zwykły, ale przesympatyczny dzień, długie Polaków rozmowy, przepierka i ponowne przepakowanie, tym razem przed podróżą na Tasmanię.

Sobota - wczesna pobudka, szybkie śniadanie i już siedzimy w samochodzie, którym Kamila ze Zbyszkiem odwożą mnie na lotnisko. Odprawę przechodzę bez większych przeszkód, ale jeszcze "coś niecoś" oddaję Kamili, by włożyła do paczki razem z reklamówkami, książkami i już mniej potrzebnymi rzeczami, którą wyśle mi do Polski. Wykupiłem opcję bagażową 15+7kg, może trochę za mało, ale z "nieco" odchudzonym bagażem będzie się sprawniej podróżowało. Krótkie bardzo pożegnanie z moimi przesympatycznymi gospodarzami i punktualnie o godz. 8:00 samolot Airbus A320 linii Tiger, którymi lecę na Tasmanię, unosi się w powietrze...